Einsam und verlor'n...


>>11. Euforia innego wymiaru.>> niedziela, 1 czerwca 2008 12:09:55
Mam popsuty komputer. Cudem udaje mi się dodać notkę.

Schmetterling




Kolejne dni nie zapowiadały nic dobrego. Wspólna walka, ból, cierpienie i chęć poddania się. Nie tak to widzieli. W wyobrażeniach zupełnie inaczej realizowali plany. Nie było tam miejsca na jakiekolwiek zawahanie, wszystko mieli dopięte na ostatni guzik. Ich psychiki nie potrafiły znieść tego strasznego uczucia, tej zależności od narkotyków. Brakowało im euforii i barwnego spoglądania w przyszłość. Wszystko było pozbawione odpowiednich kolorów, a przecież żaden człowiek nie ma ochoty na czarno-białe życie. Nie teraz, gdy wszystko rozkwita, gdy zaczynają się pierwsze miłości, pragnienia i chęć spełnienia się w życiu jako ktoś, nie jako kompletne zero.

Zamknięci w jednym pokoju, bez możliwości ujrzenia świata inaczej niż tylko przez okno. To też już było nie ważne. Każda najmniejsza sprawa, rzecz przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie. Wiara odeszła, tak szybko jak się zjawiła. Temperatura ciała była znacznie zaniżona niż wszelkie normy. Z każdą chwilą czuli się coraz gorzej. To diabeł z nich wychodził, raniąc każdą część ich ciała i duszy. Pragnęli krzyczeć i płakać, jak małe, bezbronne, niewinne dzieci. Nie mogli, oni byli winni. Musieli ponieść karę za swoją bezmyślność. W każdym wypowiadanym słowie szukali chociaż cienia nadziei i wiary w siebie. Jedyną rzeczą, symbolem, swego rodzaju aktem miłości było trzymanie się za ręce. To dawało im niewielką ilość odczuwalnego bezpieczeństwa i spokoju. Byli razem. Na dobre i na złe. Razem walczyli z chorobą, tylko oni wiedzieli, co w takich chwilach się czuje. Panikę, niepokój strach, a także ulgę, że nie muszą przechodzić tego w samotności. Nie rozmawiali dużo. Zbyt wiele ich to kosztowało, każde niedomówienie zadawało wielki ból i sprawiało wrażenie, że już nigdy nie będzie tak, jak wcześniej, jak sobie to zaplanowali.

Odtruwanie kosztowało ich wiele. Toma szczególnie. Był bardziej uzależniony niż jego towarzyszka. Za to dziękował Bogu i jej. Cieszył się, że dla niej jeszcze nie było za późno, że jakoś to wszystko wytrzyma, przetrwa. Nie zniósłby widoku cierpienia na jej delikatnej twarzy. Na samą myśl, że może ją coś boleć bardziej się denerwował. Nie miał już siły. Był kompletnie wyczerpany. Podświadomie czuł, że już niedługo cały koszmar się skończy, że w niedalekiej przyszłości się podda. Czy się mylił?

- Kate, Kate. Obudź się. Spóźnimy się do szkoły.- Tom delikatnie potrząsał ramieniem dziewczyny. Tak słodko spała, nie chciał wyrywać jej z objęć szczęścia, nie teraz, gdy wiedział, jak bardzo obydwoje ich potrzebują, aby zapomnieć o nieciekawej rzeczywistości.
Zszedł na dół i przygotował kilka kanapek na śniadanie. Na nic nie miał ochoty, mimo wszystko zmusił się do zjedzenia niewielkiej kromki chleba. Przed oczami ciągle widział strzykawki, różnego rodzaju tabletki i woreczki wypełnione białym proszkiem. Tego mu było teraz potrzeba, nie jakiejś kanapki.

Droga do szkoły nie trwała długo. Rozmawiali dużo po to, aby choć na chwilkę, na ułamek sekundy zając się czymś innym niż rozmyślaniem o tym, co stałoby się, gdyby wzięli ten ostatni raz, tak zupełnie niewinnie i umiarkowanie. Znali odpowiedź. Bez apelacyjnie potrafiliby jej udzielić, jak regułki wyuczonej na pamięć. Nastąpiłby ich koniec, zaprzepaściliby to, co dotychczas osiągnęli.

Wchodząc do sali wykładowej trzymali się za ręce. Ponad trzydzieści par oczu wpatrzonych w dwie, zupełnie niewinne i bezbronne postacie ludzkie. Szok, zdziwienie, niedowierzanie i cisza. Nikt się nie odezwał. Wszyscy wstrzymali oddech i bezczelnie spoglądali na splecione ręce zakochanych.
Usiedli w ostatniej ławce. Cała sytuacja była bardzo krępująca. Ci wszyscy otaczający ich ludzie zachowywali się, jak stado dzikich zwierząt, zupełnie nieprzystosowanych do obcowania z innymi.

Pierwsza lekcja minęła nadzwyczaj spokojnie. Nie było czasu na zajmowanie się czymkolwiek innym, niż testem z matematyki leżącym przed każdym uczniem.

Tom nie mógł się skupić. Ręce strasznie mu drżały. Czuł się tak, jakby wyrywano mu mięśnie, jakby operowano go bez znieczulenia. Po raz tysięczny czytał te samo zadnie. Nic z niego nie rozumiał. Nawet ledwo słyszalny szmer, szept, poruszenie krzesłem czy przewrócenie kartki na drugą stronę niesamowicie go drażniło. Co chwila ukradkiem spoglądał w kierunku Kate. Mimo takich samych dolegliwości i braku siły, walczyła do końca. Jej kartka była zapisana różnorakimi obliczeniami. Zaklął pod nosem i mocno ścisnął długopis w ręce.
- Tom, dasz radę. Musisz.

Kate widziała, w jak tragicznym stanie jest chłopak. Bacznie obserwowała zachowanie nauczycielki. Kobieta o rudawych włosach, co chwila szukała czegoś w swojej obszernej torebce. Rozpraszała ją tym, jednak nie mogła się przeciwstawić, nie teraz, gdy musiała pomóc Tomowi.

- Daj mi swoją kartkę. – Szepnęła. Kaulitz spojrzał na nią pytającym wzrokiem i po chwili podał jej to, o co prosiła.
Nie było czasu na dłuższe zastanowienia i rozmyślania. Robiła to, co wiedziała. Kilka wzorów, obliczenia, odpowiedź. Następne zadania, te same czynności. Gonił ją czas, ręce niesamowicie zaczęły się pocić. Czuła się, jak w klatce, w pułapce bez wyjścia, jak przestępca, który zaraz może zostać przyłapany na gorącym uczynku.
Rozwiązała trzy zadania i zwróciła test właścicielowi. Profesorka wstała ze swojego stanowiska i wolnym krokiem przemierzała klasę. Chodziła przy każdej ławce, zaglądając wszystkim w kartki. Lekcja dobiegła końca. Nauczycielka zebrała testy, ułożyła je na kupce i sztucznym uśmiechem pożegnała uczniów.

Bez słowa opuścili salę matematyczną. Ich ręce automatycznie złączyły się. Wyszli przed szkołę. Prawie nikogo ta nie było. Usiedli na jednej z wielu starych, zniszczonych ławek. Przez chwilę spoglądali na siebie. Tom niepewnie objął dziewczynę ramieniem. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo cierpi, jak bardzo mu brakuje przeniesienia się w inny, zupełnie odległy świat. Nie mógł jej zawieść. Przecież tyle jej obiecywał.
- Dzięki. – Odparł szybko i dał jej całusa w policzek. Zarumieniła się. Młodzież wychodząca ze szkoły zaczęła pogwizdywać i wykrzykiwać zupełnie nie potrzebnie własne opinie. Puste słowa, mające na celu zranienie i zawstydzenie innych. Tych najsłabszych.
- Nie ma za co.
- Bez Ciebie nic bym nic nie napisał.- Nie usłyszał odpowiedzi. Kate jedynie uśmiechnęła się po czym oparła głowę na jego ramieniu. Przymknęła oczy i mocniej zacisnęła swoją dłoń na jego.

(...)
- Widzimy się później, tak?
- Zajdę do Ciebie.
- Dobrze. – Odpowiedział i przywarł ciałem do Kate. Spoglądał w jej cudowne, szczęśliwe oczy. Czuł jej ciało na swoim. Trzymał ją tak mocno, jakby bał się, że zaraz od niego ucieknie, zostawi go samego na tym parszywym i pełnym zagrożeń świecie. Nachylił się nad nią i swoimi wargami dotknął jej. Oboje przez ułamki sekund znaleźli się w innym wymiarze. Pozwolili urzeczywistnić się ich marzeniom, które pozwalały na dalsze funkcjonowanie i walkę o to, co najważniejsze. O wiarę w najskrytsze pragnienia.

komentarze [22]

>>10. Wbrew woli.>> poniedziałek, 28 kwietnia 2008 20:55:23
Kolejna część. Mimo wszystko przepraszam za miesięczną przerwę. Zmieniłam Lay, ava i css, aczkolwiek nie mam pojęcia czy wszystko wygląda tak, jak powinno. Czemu? Odpowiedź jest prosta. Nasz "ukochany" mylog od jakiegoś czasu nieźle szwankuje.


Schmetterling


Przytłaczająca rutyna życia jest nie do zniesienia. Tak często z nią walczymy, pragniemy odrzucić w zakurzony kąt i całkowicie o niej zapomnieć, na nowo rozpocząć kolejny etap w swoim życiu. Czy każda nieudana próba jej zwalczenia ma jakiś konkretny cel? Dlaczego dopadają nas chwile zwątpienia, całkowitego poddania się w najmniej oczekiwanych momentach?

Nie potrafimy tego zrozumieć, z jakiego powodu z każdym problemem musimy radzić sobie wtedy, gdy jesteśmy totalnie wyczerpani, pozbawieni cienia nadziei na to, że mimo wszystko kiedyś będzie lepiej. Czy normalnym jest to, że podążając drogą do sukcesu nie wyobrażamy sobie jutra tak samo wyglądającego, jak dziś? Bez przyzwyczajeń, nałogów i przyjemności.
W czym tkwi sedno sprawy, czy tak trudno jest odizolować się od dawnego sposobu życia?

Jak często zastanawiamy się nad własnym życiem, zachowaniem? Dlaczego tak ciężko jest dążyć do wyznaczonych celów? Same chęci nie wystarczą. Ile razy jest pisane każdemu z nas pojęcie tego, kim naprawdę jesteśmy czy tego, co znaczymy dla innych? Czy jesteśmy ważni dla bliskich? Czy kochają nas tak, jak wmawiają nam to od najmłodszych lat? A może to zupełna brednia, może chcą abyśmy żyli w obłudzie, by lepiej postrzegać świat? Czy odchodząc sprawimy, iż będą czuli pustkę w sercu? Czy odczują brak naszej obecności? Nikt z nas nie jest w stanie określić tego, co znaczymy dla drugiej osoby. Jest to kolejne pytanie z kategorii tych najcięższych, najbardziej nurtujących, takich, na które nie ma jednej, satysfakcjonującej odpowiedzi.. Żaden człowiek nie ma takich predyspozycji, aby móc wkraść się do cudzej duszy, umysłu. Mimo wszelkich prób i starań, nie osiągniemy tego.

Powiedz, czy jesteś w stanie zliczyć ile razy złamałeś własny kodeks moralny, zasady i postanowienia? Czemu rasa ludzka jest tak słabym i nieodpowiedzialnym gatunkiem ludzkości? Odpowiedź jest jedna. Jesteśmy słabi. Wszyscy bez wyjątku. Udawana pewność siebie i wmawianie sobie, że to właśnie nam się uda jest żmudną i bezowocną pracą. Nikomu się nie uda. Wszyscy polegną na wstępnie, nawet ci, którzy podjęli próbę stoczenia walki z własnym ja, z pokonaniem wygórowanych ambicji. Każdy jest skazany na porażkę. Na śmierć.

Powinno być inaczej, przecież jesteśmy stworzeni na wzór Boga, który jest idealny, bez skaz, wad. Dlaczego więc nikt nie jest w stanie Mu dorównać? Czemu tak trudno jest, choć trochę zbliżyć się do wyznaczonego autorytetu? Podstawowe zachowania, zasady, wszelkiego rodzaju reguły nie wystarczają. Odkrywanie życia na nowo, wyrzekanie się złych czynów, a nawet przyjemności, sprawia, że zyskujemy w Jego oczach.

Dlaczego wiara w Niego jest tak trudna? Większość społeczeństwa oddala się od Niego mimo własnej woli. Nie zauważają podstawowych granic i z każdym popełnionym czynem, w tym przypadku grzechem, są od Niego coraz dalej. W pewnym momencie, etapie swojego życia, uświadamiają sobie, że nie było warto marnować czasu i zdrowia na te czyny, które bezapelacyjnie oddaliły nas od Ideału. Wtedy uświadamiamy sobie, że to wszystko i tak już nie ma sensu. Wyrzuty sumienia spychasz na bok, zajmujesz się czymś, by nie myśleć o nich. Aż w końcu zapominasz i nie czujesz się winny. Usprawiedliwiasz sam siebie, nie licząc się z późniejszymi konsekwencjami.

Czy wiara jest potrzebna? Dlaczego On wymaga od nas tak wiele? Co musimy zrobić, aby całkowicie pojął to, czym kierujemy się w życiu? Czy słyszy i rozumie nasze myśli, prośby? Dlaczego musimy umrzeć, pozostawić bliskie nam osoby i zapomnieć o możliwości oddychania tym samym powietrzem co żywi? Z jakiej przyczyny tylko on może żyć i być martwym? Gdzie sprawiedliwość, którą promują media? Gdzie jej szukać?
Co z Bogiem, gdzie MY, ludzie mamy go szukać? Możliwym jest to, by go w końcu odnaleźć i osobiście usłyszeć Jego głos, zobaczyć twarz, poradzić się i uzyskać odpowiedź na nurtujące nas pytania? Przecież jest wszechmocny, wszystko potrafi. Czyż nie powinien być bardziej dostępny dla nas? Czy On w ogóle istnieje?
Nie wiem.





- Myślisz, że nam się uda?
- Musisz w to wierzyć.
- A ty? Ty wierzysz? – Zapytała Kate. Spojrzała w brązowe oczy chłopaka. Jego źrenice były rozszerzone do granic możliwości. Wstrzymała oddech. Bała się odpowiedzi. Nie chciała, aby jego zdanie było zupełnie inne niż jej. Gwałtownym ruchem podniosła się z podłogi i podeszła do okna.
Za nim nie było nic nadzwyczajnego. Zieleniejąca trawa, kwitnące drzewa, krzewy i wszelkiego rodzaju inna roślinność. Wiosna. Dopiero teraz zaczęła korzystać w pełni z życia.

Tom nie udzielił jej odpowiedzi. Milczenie okazało się jednoznaczne z odpowiedzią na postawione pytanie. Nie było trudne, każdy przedszkolak potrafiłby w szybki i lakoniczny sposób wypowiedzieć się na ten temat. Wystarczyłoby jedno, tak nie wiele znaczące słowa, które mimo wszystko dawałoby ostoję i chęć pogłębiania wiary we własne postanowienia. Zwykłe krótkie tak. Czy tak wiele wymagała?
Nienawidziła tej krępującej atmosfery, jaka teraz panowała. Mógł nawet zaprzeczyć, byle tylko postawił sprawę jasno, bez żadnych niedomówień i niepotrzebnych przypuszczeń. W tej chwili i ona straciła wiarę we wszystkie magiczne słowa, w których pokładała wszystkie nadzieje.

Zaskoczyło go zadane pytanie. Oczywistym było, że wierzy. Zastanawiał się tylko, w jakim stopniu to wszystko jest realistyczne. Czy ma jakikolwiek sens? Jak długo wytrzyma na głodzie? Minęło dopiero kilka, może kilkanaście godzin, odkąd jest czysty, a już jest ciężko. Co dopiero będzie jutro czy pojutrze? Ile jeszcze razy zwątpi w swoją moc?
Milion pytań kłębiło się w jego głowie. Z sekundy na sekundę było ich coraz więcej. Nie rozumiał sam siebie. Niespełna kilka godzin temu tak bardzo wierzył w to, że wcale nie będzie tak trudno, że się uda i będzie żył szczęśliwie bez nałogu. Czy po raz kolejny w życiu się pomylił i wpadł w otchłań bez dna, gdzie nigdy nie było i nie będzie drugiej szansy na normalne, lepsze życie?

Podszedł do niej. Objął rękoma i przywarł do niej ciałem. Podbródek oparł na jej ramieniu i wsłuchiwał się w jej oddech. Czuł, że oczekiwała od niego odpowiedzi. Brakowało mu odpowiednich słów, które w adekwatny sposób oddawałaby to, co w tej chwili czuje.

- Wierzę. Wątpię jedynie w swoje siły. Nie wiem czy dam radę.
- Ja pomogę tobie, ty pomożesz mi.
Były to ostatnie słowa, jakie padły tego wieczoru. Nie potrzebowali wiele, by móc się porozumieć. Łączyła ich niewidzialna więź, dzięki której mogli porozumiewać się bez mowy, gestów. Nie wypowiadając żadnych słów, mogli jednoznacznie stwierdzić, o czym w tym momencie myślą. Byli jak czarownicy, magicy. Razem unosili się na niewidzialnym, latającym dywanie i wędrowali z jednej chmury na drugą. Żyli w niemalże nierealnym świecie, pozbawionym problemów i przeciwności losu. Poznawali nowy ląd we własny, intymny sposób. W nawet najmniejszych przedmiotach, czynach widzieli nutkę nadziei. Dostrzegali radość i szczęście mimo indywidualnych niepowodzeń, problemów. Byli jednością, wielką spójnością, której rozdzielenie groziłoby katastrofą. W ich przypadku byłaby to śmierć spowodowana tęsknotą za drugą osobą, brakiem zrozumienia i całkowitej akceptacji, oddania, a przede wszystkim nieodparty niedosyt miłości.



Wracając do domu sama nie wiedziałam, o czym tak naprawdę mam myśleć, na czym się skupić. Tom chciał mnie odprowadzić, jednak odmówiłam. Potrzebowałam trochę czasu, by to wszystko przemyśleć, uporządkować. Te dwadzieścia pięć minut samotnego spaceru szczerze mówiąc nic mi nie dało. Może tylko odczucie, że na dworze jest dość chłodno.

Pogubiłam się we własnych pragnieniach. Nie potrafię rozróżnić dobra od zła. Nie wiem czy wierzę w lepsze jutro. Nie mam pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Trzęsie mną, mam drgawki. Nic przyjemnego. A do tego oczy mi tak bardzo łzawią, że czuję się, jakbym płakała. Dobrze, że mama jest jeszcze w kuchni, nie musi widzieć mojego okropnego stanu. Nie może.

Dziś pierwszy raz całowałam się z Tomem. W ogóle pierwszy raz. Trochę mi było głupio, wstydziłam się swoich ogromnych wypieków na twarzy. Mam nadzieję, że tego nie widział. Na szczęście było ciemno. To było coś niesamowitego. Nigdy wcześniej nie czułam takiej radości w sercu. Chciałam krzyczeć z radości, biegać skakać, tańczyć, a potem zaszyć się gdzieś w kącie i na nowo wszystko przemyśleć, od nowa poukładać w głowie.

Nie chodzi tylko o sam pocałunek. Chodzi o Niego. Jest moim narkotykiem, czuję, że niedługo nie będę mogła normalnie funkcjonować, gdy nie będzie Go obok mnie. Nie, już nie mogę.

O czym ja piszę? Kate, ocknij się. Jesteście razem zaledwie kilka dni, a ty już myślisz o wielkiej, romantycznej miłości do ostatnich dni, ostatniego tchnienia.

Zastanawia mnie jedno, czy wytrwamy w postanowieniach? Boże, ten jedyny raz w życiu nam pomóż. Proszę tylko o to. W porównaniu z wymaganiami innych ludzi nie wymagam dużo, prawda? Powiedz, że tak. Nie karz pogłębiać się w melancholii i jednostajności mojego życia. Nie teraz, gdy mam powody do radości. Wybacz mi.



komentarze [29]

>>9. Erste mal.>> wtorek, 25 marca 2008 21:50:35
Przepraszam za tak długą przerwę.
Dziś blog obchodzi swoje pierwsze urodziny. Ciekawe, jak długo jeszcze tu będę z Wami. Heh...






Jakim sposobem ktoś nam zupełnie obcy potrafi dostrzec i pokochać nasze wnętrze takim, jakim jest? Bez względu na każde możliwie niedociągnięcia i złe, całkowicie nam nie pasujące przyzwyczajenia? W jakim w stopniu jesteśmy w stanie poświecić się dla drugiego człowieka? Jak bardzo potrafimy pokochać kogoś tylko za jego uśmiech, obecność czy głos? Czy ofiarowując siebie, swą duszę otrzymujemy tyle samo? Ile razy musimy stracić grunt pod nogami, potknąć się na drodze prowadzącej do sukcesu, wyznaczonego celu, aby być na tyle doświadczonym i pozwolić życiu w końcu ściągnąć z oczu różowe okulary, bez których ciężko patrzeć w przyszłość i żyć w realnym świecie? Ile czasu musi upłynąć, aby pojąć własne zachowanie i postępowania? Jak bardzo trzeba być doświadczonym, żeby świadomie, z własnej woli unikać popełniania tych samych błędów? Ile jeszcze razy każdy z nas musi zbłądzić, aby stać się pewnym siebie i bez względu na wszystko, do końca swoich dni trwać i wierzyć we własne przekonania? Czy potrzebne jest całkowite stoczenie się na dno, by zrozumieć, co jest w rzeczywistości ważne w naszym krótkim życiu wśród żywych? Ile razy musimy zostać upokorzeni, wyśmiani i zniszczeni, aby zacząć życie od nowa?
Ile razy jeszcze musimy komuś bezgranicznie zaufać i pokochać go takim, jakim jest by czuć się w końcu szczęśliwym?


Cisza. Zupełna pustka. Już dawno ustał deszcz. Drzewa lekko poruszały swoimi koronami drzew tak, jakby chciały ostrzec przed ewentualnym bólem. Zapadł zmrok.

Siedzieli wpatrując się w siebie i trzymając za ręce. Oczyścili się z wyrzutów sumienia. Nareszcie czuli się wolni. Otworzyli się przed sobą do granic możliwości. Pozwolili poznać się na wylot. Zdjęli maski, które przykrywały osobowości niemalże wszystkich ludzi. Zezwolili na to, aby ich serca ponownie zaczęły szybciej bić. Aby kochały.

Panowała ciemność. Lampka stała zbyt daleko, by ją zapalić. Każdy niepotrzebny ruch w diametralnym tempie byłby wstanie zburzyć ich świat, tę niesamowitą chwilę i atmosferę, która ich otaczała. Szybkie bicie serc, nierówne oddechy i odczuwania tego, że komuś na nich zależy. Rumieńce z rozpalonych policzków nie miały zamiaru ustąpić. Wciąż im towarzyszyły. Dzieliło ich teraz jedynie kilka centymetrów. Ich ciała praktycznie ocierały się o siebie. Czuli tą niesamowitą bliskość, jaka może zaistnieć tylko między dwojgiem zakochanych ludzi, między nimi.

Blondyn powoli przysuwał swoją twarz do Kate. Chciał ją mieć tylko dla siebie, zupełnie na własność. Widział jak jej czerwone wargi układają się w miły dla oka uśmiech, a jej duże niebieskie oczy wpatrują się w jego. Delikatnie odgarnął pojedyncze kosmyki włosów z jej twarzy. Była taka piękna, naturalna, a przede wszystkim stanowiła sens jego życia. W bardzo subtelny sposób dotknął jej spragnionych ust swoimi. Leciutko musnął jej wargi i zamknął oczy. Czuł jak jego całe ciało drży. Nie znał ostatecznego powodu. Czy to ze strachu, przyjemności? Poczuł, jak dziewczyna nabiera odwagi i odwzajemnia pocałunek.

Widziała tylko jego czekoladowe oczy w nią wpatrzone. Krępowało ją to trochę, lecz po chwili zakłopotanie odeszło. Nie pozostawiło po sobie nawet najmniejszego śladu. Długo na to czekała. Pragnęła wreszcie zaznać smaku jego ust. Zjednoczyć się z nim w czymś tak pięknym i wyjątkowym. Poczuć w końcu na własnej skórze tą niewielką i niewinną przyjemność, którą znała tylko ze słuchu. Chciała całkowicie oddać się tej nowej, wymarzonej chwili. Czułą, jak jego palce odgarniają jej włosy z twarzy. Drżał. Tak samo jak ona bał się tego, co za chwilę miało się zdarzyć. Straciła poczucie czasu. Wszystko kręciło się wokół Toma i jego przeboskich, pełnych, malinowych warg, które strasznie ją kusiły. Były czymś w rodzaju zakazanego owocu, który przez tak długi czas był na wyciągnięcie ręki, a jednak tak daleki i niedostępny. Jego cudowne wargi na kilka sekund spoczęły na jej ustach. Poczuła lekkie, zupełnie niepewne cmoknięcie jego skarbu.


Obydwoje byli spragnieni czułości. Ofiarowywaną między sobą miłość chłonęli w nie pojęcie śpieszny i chciwy sposób. Myśli błądziły gdzieś daleko. W nich pragnęli tylko siebie. Z każdą sekundą temperatura ich ciał wzrastała. Już nie było delikatnych i subtelnych muśnięć. Ich rozgrzane do granic możliwości usta złączyły się w pocałunku. Jego wargi były tak stanowcze, brutalne, i łapczywe, a jednocześnie cudownie czułe i wrażliwe. Ich języki obejmowały, głaskały i drażniły się wzajemnie, tak jakby miały zaraz przestać by móc powoli, a potem znów zachłannie pieścić swoje wargi. Aż w końcu odejść i już więcej tego nie uczynić, więcej tego nie poczuć Tak, jakby do końca życia było im przeznaczone karmić się rozkosznymi wspomnieniami, a myślami cofać się do tego jednego pocałunku. W reminiscencjach pielęgnować i troszczyć się o dowód ich wielkiej miłości i już zawsze pamiętać, że tylko oni są dla siebie stworzeni. Pamiętać o tym, że jest to miłość idealna, że nie zdarza się dwa razy, że tylko będąc razem mogą być szczęśliwi.

(...)

- To kiedy ta impreza?- Czarny zapytał dość nie przyjemnym głosem. Jakiś głupek zawracał mu głowę byle jakimi imprezami, gdy on miał teraz własne i przede wszystkim poważniejsze problemy. Chciał się wydrzeć na kolegę, to przez niego jego brat jest dziś narkomanem, ćpunem, zagubionym człowiekiem z problemami, od których widocznie chciał uciec. Udało mu się. To przez niego poznał smak innego, barwniejszego i bezproblemowego życia. Musiał się hamować, trzymać na wodzy nerwy i zażalenia. Nie chciał kolejnej awantury. Nie teraz, jego psychika nie miała siły na obronę ewentualnego ataku.
- W dzień zakończenia roku szkolnego. Będziecie?
- A co, już robisz terminy? Pff... – Mówił z pogardą. Nie miał ochoty wysłuchiwać Sammy’ego. Każdego innego przybłędy tak, tylko nie jego.
-Kaulitz, co Ci tak wesoło? Może dać Ci coś na wyluzowanie? Na twojego braciszka to działa.- Szyderczo zaśmiał się i pomachał mu przed oczami przeźroczystą torebeczką do połowy wypełnioną białym proszkiem. Drugą rękę wsunął do kieszeni i wyciągnął z niej kilka tabletek.- Widzisz Bill, pełny wypas. Co chcesz to mam. Jedno słowo i będziesz w raju.
Chłopak o niewielkiej posturze, w zwykłych, potarganych dżinsach, ulubionej koszulce i skórzanej kurtce beznamiętnie wpatrywał się w to, co pokazywał mu jego towarzysz. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Złość wezbrała w nim do granic wytrzymałości. To wszystko już go przerosło. Nie miał ochoty słuchać tych żałosnych zachęt Sammy’ego, ani też brać od niego cokolwiek. Nie chciał stać tu i rozmawiać z nim. Żałował, że go poznał. Pustym wzrokiem wpatrywał się w kolegę. Wiedział, że się nie powstrzyma, że zaraz eksploduje. Gwałtownym i stanowczym ruchem podszedł do niego. Dwoma rękoma złapał za jego koszulkę i przyparł do drzewa. Nie był silny, a jednak teraz jakaś magiczna moc, nadprzyrodzona siła wstąpiła w jego ciało i umysł. Gdyby tylko chciał, gdyby tylko pozwolił uwolnić drzemiące w nim emocje mógłby zabić tego chłopaka.
- Jeszcze raz, powtarzam jeszcze raz dasz cos Tomowi, zabije Cię. Rozumiesz? Ukatrupię własnymi rękoma, a potem wsypię glinom, zrozumiałeś? Przez Ciebie ty... Ty dupku mój brat...- Urwał. Nie chciał kończyć zapewne i tak nie wiedział, do czego te kilka dawek narkotyków doprowadziło jego brata. Nagle puścił go. Ostatni raz spojrzał w twarz, której wręcz nienawidził.
Chłopak stojący przed nim był w całkowitym szoku. Nie rozumiał czemu Bill się tak zbulwersował. Przecież on tylko żartował, nie miał na myśli żadnych podtekstów, złych intencji.
- Brałeś coś? Coś ty taki nerwowy jesteś? Ja tylko żartowałem.
- Tak, będziemy na imprezie. – Odpowiedział zaciągając się papierosowym dymem. Odwrócił się na pięcie i żwawym krokiem ruszył przed siebie pozostawiając oszołomionego nieprzyjaciela w samotności.


Schmetterling

komentarze [37]

>>8. Twarzą w twarz.>> niedziela, 2 marca 2008 18:23:40
-To tutaj.- Oznajmiła Sharon, otwierając drzwi mieszkania przed swoją córką. Kate powoli weszła do domu. Czuła się bardzo obco. Ujrzała salon, o ile można było nazwać tak, te niewielkie pomieszczenie. Puste, białe ściany, kilka mebli i dwa łóżka. Nic więcej nie było w tym lokalu.
-To kawalerka, ale idzie żyć. Jesteś głodna?- Zapytała, po czym pchnęła dziewczynę w kierunku kuchni. Tam też nic prawie nie było. Kuchenka gazowa, zlew, mała szafeczka na naczynia, stół i dwa taborety. Nie przeszkadzało jej to. Miała przeczucie, że ten dom, ta mała klitka stanie się jej domem rodzinnym. Takim, za którym tęskniła od lat. Będzie ona i jej matka. Razem będą się pocieszać, wspierać i dbać o siebie.
Jedna samotna łza spłynęła po jej policzku. Szybko i dyskretnie ją wytarła, tak, aby jej towarzyszka nic nie zauważyła. Przysiadła na jednym krzesełku i usilnie wpatrywała się w swoje przemoczone stopy.
-Słuchasz mnie? Jesteś głodna?
-Nie, nie dziękuję.- Odparła nieśmiało. Kobieta zauważyła, że coś jest nie tak. Widziała po jej zachowaniu, iż jest bardzo zażenowana tą sytuacją. Nie dziwiła się, ona sama też była.
-Kate...- Zaczęła. Ukucnęła przed swoim dzieckiem i złapała ją za rękę.- Wiem, że jest Ci trudno. Mi też, ale... Zapomnij o tym, co było. Będzie to trudne, ale postaraj się. Proszę. – Młoda skinęła głową i nieśmiało się uśmiechnęła.
-Ja... Muszę wyjść. Umówiłam się z Tomem.- Kobieta nie zatrzymywała jej. Dobrze wiedziała, że i tak zrobi to, na co będzie miała ochotę. Nie mogła jej nakazać zostać w domu. Nie teraz, gdy tyle ich dzieliło. Nie mogła jej teraz zawieść.
Blondynka wstała z siedzenia i ruszyła ku wyjściu. Musiała to wszystko na spokojnie przemyśleć. Podzielić się tym z osobą trzecią. Taką, która doskonale znała jej sytuację rodzinną i nastawienie do życia. Tylko Tom to wiedział. Tylko jemu w zupełności ufała.

W całym domu rozległ się dźwięk głośnego dzwonka. Bill podniósł się z podłogi, zbiegł po schodach i wyjrzał przez judasz. To Ona- pomyślał. Przez chwilę wahał się, czy otworzyć drzwi, pozwolić tym samym Kate wejść do środka i ujrzeć to, w jakim stanie jest jego brat. Nacisnął klamkę i po chwili drzwi otwarły się.
Nie była zadowolona, że to On. Nie lubiła go, on jej też. Zawsze jej docinał i uprzykrzał życie. Nienawidziła go za to. Wiedziała, że decydując się na związek z Tomem, będzie musiała znosić obecność jego brata w ich domu. Teraz to już nie miało znaczenia. Chciała tylko móc spojrzeń w czekoladowe oczy blondyna, ujrzeć jego zniewalający uśmiech i cichutko wyszeptać jego imię.
-Jest Tom?- Zapytała zdecydowanym i stanowczym głosem. Stała oko w oko z jednym, z jej największych wrogów. Przygotowała się już, aby móc mu odpyskować, aby się obronić. Po to, aby nie dać kolejnej osobie sobą pomiatać.
-Tak, jest. Wejdź.- Odsunął się i gestem ręki zaprosił ją do środka. Nie spodziewała się tego. Jego zachowanie zupełnie odbiegało od tego, z którym niemalże codziennie miała do czynienia. Dziś był wyjątkowo miły. Gdzieś podświadomie czuła, że tak samo jak ona, nie miał ochoty na sprzeczki i głupie, dziecinne wyzywanki.
Przekroczyła próg domu. W powietrzu czuć było delikatny, lawendowy zapach. U niej nigdy tak nie pachniało. Zawsze czuła tylko jedno- zapach rozlanego piwa czy wódki. Nic więcej. Nie czekała na dalsze wskazówki Czarnego. Zdjęła swoje przemoczone buty. Weszła po schodach na piętro domu. Drugie drzwi na lewo- doskonale wiedziała, gdzie jest jego pokój, gdzie jest jego świątynia. Zazdrościła mu. Ona jej nie miała. Złapała za klamkę i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. Zauważyła go od razu. Siedział przy łóżku, opierając głowę o dłonie. Wokół niego panował straszny bałagan. Nigdy takiego nie widziała, nawet, gdy jej ojciec wyrzucał wszystko z szafek, nie wyglądało to tak fatalnie, jak teraz.
Kucnęła przy nim. Swoja niewielkich rozmiarów dłoń położyła na jego ramieniu. Uniósł głowę ku górze. Był zaskoczony, widziała to w jego brązowych oczach, które tak uwielbiała. Wyglądał tak bezradnie i bezbronnie. Wprost, jak małe, niewinne dziecko, które dopiero, co wyszło z łona matki. Mimowolnie uśmiech pojawił się na jej twarzy. W głębi duszy skakała z radości i dziękowała Bogu, a także wszelakim nadprzyrodzonym mocom, za to, że zesłali jej kogoś takiego jak On, tak wspaniałego i niepowtarzalnego. Kogoś, kto był jedyny w swoim rodzaju, kogoś takiego, kto bez względu na wszystko idealnie ją rozumiał i nigdy nie potępiał. Była wdzięczna za to, że ma swojego Anioła, który jest przy niej i czuwa nad nią mimo wszystko. Swojego Księcia, którego jako jedynego potrafiła obdarzyć tak wielkim uczuciem i zaufaniem.
Spojrzał w jej oczy. Za każdym razem, gdy to robił czuł się nieziemsko szczęśliwy. Wiedział ile dla niej znaczy. Wszystkie te informacje wyczytywał z jej oczu. Jej dłoń spoczywała na jego ramieniu. Nie mógł się powstrzymać, tak bardzo pragnął teraz jej bliskości. Ciepła jej ciała i zapachu skóry. Pragnął, aby mówiła do niego cały czas, nigdy nie przestając. Przytulił ją. Ręce oplótł wokół jej talii, a brodę położył na jej ramieniu. Cały się trząsł. To wszystko już go przerastało. Miał dosyć udawania silnego i odważnego. Miał dosyć bycia kimś, kim tak naprawdę nigdy nie był. Przy niej mógł się otworzyć. Wiedział to doskonale i czuł głęboko w sercu. Wzmocnił uścisk, aby uzmysłowić sobie, że jest z kimś, kto jest tego wart. Z kimś, kto ma takie same problemy jak on. Z osobą, która dużo wie o życiu. Czuł, że jest z kimś, komu naprawdę na nim zależy.
Kate poczuła tylko, jak jego dłonie przysuwają ją do siebie. Tak samo jak On, bardzo pragnęła tego uścisku. Chciała poczuć, że jest komuś potrzebna. Uświadomić sobie, że nie jest sama na tym wielkim, niesprawiedliwym i okrutnym świeci. Dłonie ułożyła na jego zimnym torsie. Twarz wtuliła w jego ciało i przymknęła oczy. Nie potrafiła słowami wyrazić tego, co teraz czuła.
Byli teraz jednością. Ludźmi, którzy musieli przejść wiele dróg nim ponownie się spotkali, zagubionymi nastolatkami, którzy przypadkowo zakochali się w sobie. Tworzyli osobne jednostki ludzkości, które teraz nie potrafiły żyć bez siebie wzajemnie. Wpadli w wir miłości, który zaabsorbował ich dusze i serca w całości. Otaczała ich zupełnie inna rzeczywistość, inny świat. Należał tylko do nich i nikt nie miał do niego wstępu. Tylko oni posiadali klucz do magicznych drzwi szczęścia.

- Tom, co się tu stało?- Powiedziała po pewnym czasie.
- Nic takiego, to jest nie ważne. – Nie nalegała. Nie pytała o więcej. Nie miała zamiaru zmuszać go, do mowy o czymś, o czym nie miał ochoty w tej chwili rozmawiać.
Spoglądali na siebie cały czas. Obydwoje byli tym bardzo speszeni. Bali się i nie potrafili ujawnić swoich pragnień. Ich dłonie były splecione, a serca wystukiwały równomierny rytm bicia. Czuli to wzajemne ciepło, które od nich biło. Słyszeli swój oddech. Byli w pełni świadomi tego, że to, co czują i przezywają teraz jest i będzie na pewno czymś najlepszym, co ich dotychczas w spotkało w życiu.

- Gdzie byłaś całą noc?- Zapytał, przerywając tym samym ciszę, która do tej pory panowała.

Zadane przez niego pytanie wyrwało ją z transu głębokich przemyśleń i urealniania swoich najskrytszych marzeń. Myślami była bardzo daleko, zupełnie w innym miejscu, niż znajdowała się teraz. Przed oczami miała obraz Ich przyszłego życia. Czasów, w którym razem przedzierali się przez niesprawiedliwość dzisiejszego świata. Widziała to, co chciała zobaczyć. Ich szczęśliwe życie, przepełnione miłością, zrozumieniem i zaufaniem.
- Tu i tam.- Odpowiedziała lakonicznie. Po wyrazie jego twarzy, wywnioskowała, że jej wypowiedź wcale go nie zadowoliła. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pobudziła jego bujną wyobraźnię, skazując go tym samym na coraz to gorsze domysły. Znów nastała cisza.
Dziewczyna zacisnęła powieki, a w myślach starała się uporządkować i ładnie ubrać w słowa to, co chciała powiedzieć, zrzucając z siebie ten straszliwy ciężar nadmiernego myślenia o swojej matce. Zwyczajnie chciała się podzielić swoimi przeżyciami, a także tym, co przy nich odczuwała.
Rozluźniła uścisk. Usiadła obok chłopaka, a wzrok wlepiła w widok za oknem. Zebrała wszystkie siły i zaczęła się spowiadać.
- Spotkałam się z moją matką...- Urwała. Nie przypuszczała, że będzie jej aż tak ciężko. Nie wiedziała, co i jak ma dalej powiedzieć. Bała się tego strasznie. Wstydziła się swojego zachowania, żałowała wszystkich tych słów, które padły nie potrzebne, zupełnie puste i zbędne, nic nie warte. Nie potrafiła się skupić, na tym, co w rzeczywistości było ważne i należałoby wyjawić, a czego nie. Była całkowicie zdezorientowana. Tak po prostu miała Mu powiedzieć, że jej wybaczyła, że bardzo za nią tęskniła, że zamieszkała z nią i że ma ochotę zacząć życie od początku?
Tom nic nie mówił. Nie przerywał ciszy, wiedział, że jeśli tylko pozwoli jej mówić, i ona wyczuje ten odpowiedni moment, słowa same wypłyną z jej ust. Złapał ją za rękę, by nabrała odwagi. Nerwowo obróciła twarz w jego stronę. Uśmiechnął się. Zrobił to specjalnie, po to, aby mogła się rozluźnić i zapomnieć o wstydzie.
Widziała jak powoli, na jego twarzy maluje się uśmiech przeznaczony tylko dla niej. Wywołał na jej twarzy zadowolenie, a w sercu zachęcał to pogłębiania tego, co do niego czuła. Dawał jej do zrozumienia, ze mimo wszystko zawsze będzie przy niej i że pomoże jej rozwiązać każdy problem, który napotka na swojej drodze. Nie zauważyła nawet, gdy całe te niepotrzebne zdenerwowanie i strach znikło. Czuła się, jak po jakimś narkotyku. Od tak, bez żadnych wcześniejszych objaw wszystko odeszło. Nie była już ani zestresowana, ani też zawstydzona.
Pozwoliła, aby jej usta wypowiadały słowa, z którymi wiązało się tyle przeżyć, tyle jej wewnętrznych walk z samą sobą. Wyrzuciła z siebie niepotrzebne obawy. Nie przerywała wypowiedzi. Gdzieś, wewnątrz czuła, że jeśli tak uczyni znów odczuje dyskomfort.
Cały czas uważnie jej słuchał. Podświadomie czuł, że miała wielką potrzebę podzielenia się tym wszystkim z kimś, kto ją rozumie. Poprzez słuchanie i bycie przy niej, dawał jej możliwość pozbycia się swoich najcięższych grzechów, przeżyć i uczuć jej towarzyszących.

(...)

Bill bezmyślnie przechadzał się głównymi alejami swojego miasta. Był zdenerwowany nie mógł pozbierać myśli. Wszystko kręciło się wokół Toma. Wciąż miał przed oczami jego pokłute ręce. Nie mógł, a przede wszystkim nie chciał zrozumieć jak to wszystko się stało. Przecież to tylko jedna impreza, chciał tylko spróbować, nic więcej. Próbował w jakikolwiek sposób wytłumaczyć sobie karygodne zachowanie brata. Mimo wszystko nie potrafił. Analizował to niezliczony już raz, wszystko kierowało się ku jednemu, aby mu jakoś pomóc. Nie wiedział, co ma robić, żeby odciążyć go od tego strasznego uzależniania. To był i jest jego brat. Bał się o jego zdrowie. Nie chciał pewnego dnia obudzić się i zastać go w swoim pokoju nieżywego. Nie tak to wszystko widział. Usilnie starał się znaleźć jakiekolwiek rozsądne rozwiązanie, aby jak najszybciej odciążyć go on narkotyków, a przede wszystkim by ocalić jego życie.
Nic mu nie przychodziło go łowy. W myślach wyklinał się od najgorszych i karcił się za swoją głupotę, za brak pomysłów. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Potrzebował tego teraz. Musiał się uspokoić i wszystko na spokojnie przemyśleć. Wziął jednego do ust, podpalił i po chwili czuł, jak tytoniowy dym dostaje się do jego płuc. Zaciągnął się ponownie. Dopiero teraz uświadomił sobie, że on też jest uzależniony. Skarcił się za to. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jest to zupełnie inny nawyk, mniej szkodliwy. Przestał się nad tym zastanawiać. Pierwszy raz w życiu zrozumiał, że teraz to nie on jest najważniejszy. Jego egoizm nagle zniknął. Nie było na niego czasu, jak najszybciej musiał pomóc bratu, dopóki jeszcze mógł cokolwiek uczynić w tym kierunku...

Schmetterling
komentarze [53]

>>7.Nie wierzę.>> środa, 13 lutego 2008 11:59:35
Hey.
nie wiem kiedy następna notka. Przepraszam, ale mój tata jest w szpitalu i nie mam zupełnie do tego głowy.
Chcieliście Toma, więc proszę.

Schmetterling





Bill po chwili wrócił do salonu trzymając w rękach gruby, wełniany koc. Ustał nad bratem i już miał podawać mu przykrycie, jednak zauważył coś niepokojącego. Przedramienia Toma znacznie różniły się od jego. Dziwne ślady na rękach przykuły jego uwagę. Widział, że są inne niż jego. Były tak, jakby pokłute od igieł. Przestraszył się. Podał bratu koc i usiadł na fotelu. Tom strasznie szybko zarzucił na siebie przykrycie. Zachowywał się inaczej niż zwykle. Sam nie wiedział, co tak naprawdę mu w tym wszystkim nie pasuje. Jego zachowanie, te wieczne imprezy... Wiele czynników sprowadzały do negatywnego myślenia. Ich kontakt z dnia na dzień malał. Od pewnego czasu miał podkrążone oczy i momentami zachowywał się bardzo agresywnie. Wszystko jeszcze raz dokładnie przeanalizował. Każdy najmniejszy szczegół, który wzbudzał w nim wątpliwości rozpatrzył ponownie. Powoli, krok po kroczku układał wszystko w jedną wielką całość. Podszedł do brata, koc odrzucił na bok i złapał go za rękę. Z bliska przyjrzał się jego przedramieniu. Tak, to definitywny koniec-pomyślał.
-Zostaw mnie! Co ty w ogóle robisz? Masz swoje ręce na nie się patrz!- Warknął Tom i wyrwał rękę z uścisku. Zareagował zbyt agresywnie. Tak, to było zdecydowanie nietaktowne posunięcie. Wiedział, że teraz już się z tego nie wyplącze.
-Co to ma być?!- Krzyknął brunet i zaczął gestykulować rękoma. Złość ogarnęła cały jego umysł.
-Nic. A co ma być?- Blondyn udawał opanowanego, choć w głębi duszy cały się trząsł. Teraz już wiedział, że jego największa tajemnica została dziś przypadkowo odkryta.
-Ćpasz?!
-N... Nie. No, co ty. Ja?
-Nie, Tom. Nasza babcia! Jasne, ze Ty. Myślisz, ze jestem idiotą, żeby nie zauważyć tego? – Dodał po chwili, ponownie ujął rękę brata i pokazał mu ślady po wkłuwaniu się w ciało czymś cienkim i ostrym. Spojrzał mu w oczy. Wyrażały wszystko i nic. Wielki strach i spokój. Nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Ze złości cały dygotał. Nie mógł się na niczym skupić. Milion myśli naraz. Myślał, ze głowa mu zaraz pęknie. Nie był na to przygotowany. Nie mógł, bo przecież Tom na pewno nigdy by się do tego nie przyznał.
-Chcesz umrzeć? Na tym Ci zależy, tak? Chcesz zostawić mnie i matkę i odejść? Zastanów się. Mówiłeś, ze jesteś z Kate, tak?- Zapytał. W ramach odpowiedział ujrzał tylko kiwnięcie głową brata. – A ona wie, że coś bierzesz? Będziesz ja okłamywał? Tom do cholery jasnej! Nie marnuj sobie życia. Rzuć to! Rozumiesz? Masz z tym skończyć, póki jeszcze nie jest za późno! Wszystkich nas okłamujesz! Mieliśmy takie plany, nie pamiętasz już? Chciałeś mieć zespół, sławę. Chciałeś być kimś! Przypomnij sobie wszystko to, co mi mówiłeś. Nie było tam miejsca na narkotyki! Gdzie się podział Twój rozum?! Tom, Ty pieprzony Ćpunie! – Tych ostatnich słów żałował. Było już za późno na rozmyślanie i zastanawianie się nad tym, co powinien powiedzieć, a czego nie. Nie taktowna chwila na przeprosiny. Nic nie mógł zrobić. Widział jak w oczach brata z każdą sekundą złość wzrasta. Jego gałki oczne były niczym rozgrzany węgiel wyciągnięty prosto z żarzącego się ogniska.
Obydwoje zamilkli. Nie było mowy o jakimkolwiek wykręcaniu się z tej sytuacji. Tom wiedział, że i tak to nic nie da. Miał wielki żal do siebie, że nie zamaskował śladu swoich grzechów chociażby przez nałożenie zwykłej koszulki, wtedy nikt by nic nie zauważył. Czuł jak jego mięśnie, całe ciało drży. Nie panował nad nim. Nie potrafił. Od samego rana miał ochotę coś wziąć. Brat, swoją gadaniną jeszcze bardziej narobił mu ochoty. Był rozdrażniony, przestraszony i wściekły. Nie umiał już dusić tych emocji w sobie. Kilka słów brata wystarczyło, aby naraz wszystko wypłynęło z niego. Cały ten ból, panika. Nie mógł się opanować. Wstał z kanapy i pchnął stojącego przed sobą chłopaka. Upadł.
-Co? Zadowolony z siebie jesteś? Tego chciałeś? Chciałeś mnie sprowokować? Tak bardzo Ci na tym zależało? Wiesz, Bill, ja też mam uczucia. I nigdy, ale to nigdy nie wyzywaj mnie od pieprzonych ćpunów, bo... Bo....- Urwał. Nie mógł załgać. Nie jemu. Nie chciał już okłamywać i jego.
-Bo? Bo co? Bo nigdy nic nie brałeś? Nie wierzę. – Sarkastycznym głosem wypowiedział te słowa. Podparł się na łokciach i wstał z podłogi.
- Cały czas na czymś jestem. To chciałeś usłyszeć? Zadowoliło Cię to? Chciałeś usłyszeć to, że do cholery jestem uzależniony? Że już bez tego nie daję rady? O to ci chodziło? Leć do mamy i jej powiedz. No już, nie ma Cię tu. Może jeszcze nie wyjechała z biura!- Ostatni raz spojrzał bratu w oczy. Żałował tych słów, czynów. Karcił się za to, co zrobił. Wiedział, że musi przeprosić. Teraz nie potrafił. Urażona duma, honor i pycha przejęły główne stanowisko. Wybiły się ponad braterską miłość i za wszelką cenę nie miały zamiaru ustąpić. Od tak, rozproszyć się w powietrzu i pozwolić na pojednanie.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Schodami wbiegł na pierwsze piętro domu. Trzasnął drzwiami, tak mocno, że prawie wypały z zawiasów. Nie przejął się tym. To nie było teraz ważne. Zapomniał o obietnicy, jaką wczoraj składał Kate. Zapomniał o tym, że mieli przestać brać, ze od dziś zaczynają nowe życie. Otwierał każdą szafkę, szufladkę. Przeszukał każdy kąt pokoju. Plecak, kieszenie w spodniach, bluzach. W portfelu też nic nie było. Wszystkie jego ciuchy leżały teraz na podłodze. Szafki, na których jeszcze przed chwilą istniał straszny bałagan, teraz były puste. Widać było tylko, pokaźną warstwę kurzu, w miejscach, w które od lat nie zaglądał. Szukał towaru. Nigdy go tak nie pragnął. Zajrzał pod materac. Pusto. Przeszukał nawet futerał od gitary. Tam też nic nie było. Znalazł tylko kilka różnokolorowych kostek do grania i segregator z różnego rodzaju piosenkami. Cisnął tym w kąt. Tak samo gitarą, która przecież aż tyle dla niego znaczyła. Puścił w niepamięć wszystko to, co miało dla niego wielkie znaczenie. Wszystko to, co kochał.
Podszedł do okna i otworzył je. Wziął głęboki oddech. Usłyszał, jak ktoś wchodzi do jego pokoju. Wiedział, że to on. Byli w domu we dwójkę. Odwrócił się ku drzwiom. Stał w nich Bill. Blondyn rozejrzał się po pokoju. Wszystko doszczętnie zniszczone. Zawartość, szafek, półek leżała na podłodze. Nigdy wcześniej nie widział takiego bałaganu. Nie miał gdzie postawić nogi. Cały pokój wyglądał jak po przejściu jakiegoś huraganu.

Bill usłyszał tylko trzask drewnianych drzwi. Jeden wielki huk, który stopniowo znajdywał ujście dźwięku. Przez chwilę trwał bezgłos. Była to jednak cisza przed burzą. Następnie do jego uszu dobiegł odgłos uderzających przedmiotów o ściany, podłogę. Wszystko działo się tak szybko, nieoczekiwanie. Podniósł się i pobiegł do pokoju brata. Drzwi bez problemu się otworzyły. Zobaczył, jak jego brat odrzuca gdzieś w kąt swoją gitarę, po czym podchodzi do okna. Nie wierzył własnym oczom. Czuł się jak w jakimś horrorze, złym śnie, który zaraz się zakończy, a następnego dnia nikt już o nim nie będzie pamiętał. Chciał wymazać ten dzień ze swojego życiorysu. Osoba stojąca przed nim pierwszy raz odkąd żyje okazała mu się tak obca i zagubiona. Bezmyślnie wpatrywał się w rozzłoszczoną twarz brata.
-Co ty wyprawiasz?- Zapytał niedowierzając temu, co widzi. Barwa jego głosu wydała się niezwykle spokojna. Jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło...
-Szukałem towaru...
-I, co? Znalazłeś coś?- Sam dziwił się, dlaczego zadał to pytanie. Gorszego już chyba nie mógł wymyślić.
-Jakbym znalazł, to nie byłoby tego syfu przed tobą.- Odparł i odgarnął nogą wszystkie przedmioty wokół siebie. Usiadł, schował twarz w dłoniach i przez pewien czas siedział w bezruchu. Bill dalej stał w progu drzwi i czekał na dalszy tok wydarzeń. Czuł, że chłopak siedzący przed nim pragnie mu coś powiedzieć. Wiedział, że to potrwa. On nigdy nie przyznał się do popełnionych błędów. Nigdy.
-Jak to się zaczęło?- Farbowany zadał pytanie i przysiadł na krawędzi łóżka.
-Normalnie. Poszedłem z Lukasem na imprezę do Sammy’ego. Słyszałeś pewnie o tych imprezach, nie? – Kaulitz kiwnął głową. – Laski, dragi i całonocne orgie. Tak to wyglądało. Sammy miał towar. Spróbowałem i po chwili odleciałem. Byłem w innym świecie, rozumiesz? Spodobało mi się.
-Ile to trwa?
-Rok, może półtora...
-Trzeba Ci pomóc. Nie możesz okłamywać Kate...
-Nie robię tego...- Urwał. Swój wzrok przeniósł na bliźniaka. -Ona też bierze... –Po chwili dodał. Miał zamiar powiedzieć, że przez niego. Że to on pierwszy dał jej spróbować widząc, przez jakie katorgi przechodziła żyjąc pod jednym dachem z ojcem. A on przecież chciał dobrze. Pragnął tylko tego, aby żyła inaczej. Tak, jak on. W normalnym domu bez przemocy. Chciał, aby zaznała trochę tego lepszego życia. Wszystko zepsuł. Wciągnął ją w najgorszy z możliwych nałogów. Wpadła w pułapkę, która tak naprawdę wcale nie miała nią być. Miała być tylko swego rodzaju wynagrodzeniem za wszystkie krzywdy i upokorzenia, które dotychczas przeżyła.



komentarze [43]

>>6.Das Geheimnis.>> wtorek, 29 stycznia 2008 18:53:03
Wszystkich tych, którzy chcą być powiadamiani o nowych częściach opowiadania, bardzo proszę o wpisanie się do Księgi. Zdecydowanie ułatwi mi to powiadamianie.

Dziękuję za komentarze. Miło jest czytać te, które naprawdę są pisane szczerze. Jeszcze raz bardzo dziękuję.

Schmetterling






Bill właśnie otworzył oczy. Obudziło go głośne stukanie kropel deszczu o parapet. Cicho zaklną pod nosem i leniwie podniósł się z łóżka. Przeciągnął się i wolnym krokiem ruszył w stronę łazienki. Przekręcił zamek w drzwiach, aby nikt mu nie przeszkadzał. Zdjął bokserki, a następnie wszedł pod prysznic. Nie był tam długo. Kilka minut i po sprawie. Czysty, pachnący i odświeżony po nocy. Wyszedł z kabiny, umył zęby, ręką poprawił artystyczny nieład na głowie, owinął się ręcznikiem i opuścił pomieszczenie.
-Gdzie mama?- Zapytał wchodząc do salonu. Jego brat beztrosko leżał na kanapie.
-Pojechała.- Odpowiedział krótko Tom.
-O miło mi. Znowu bawimy się w zgadywanki, tak? Tom, dajże spokój.
-Co ty taki poważny?- Rzekł i zaśmiał się, jednak widząc wyraz twarzy Billa natychmiastowo zmienił barwę głosu.- Mama pojechała do pracy. Czy to takie dziwne? Gdzie mogłaby pojechać?
-Zawsze wychodziła później.
-Bill, Bill. Mamy dom wolny na kilka dni. Jakieś tam sprawy służbowe czy coś. Nie wiem, nie słuchałem.
-Jak zwykle.- Czarny zaśmiał się i usadowił na fotelu. Minęło kilka minut zanim którykolwiek z nich ponownie zabrał głos.
-Jestem z Kate. - Wyrzucił z siebie. Tak bardzo pragną podzielić się z kimś swoją radością. Tyle chciał powiedzieć o niej swojemu bratu. Jednak wiedział, ze ten nie przepada za blondynką. Zapewne zacząłby zadawać pytania dotyczące jego wyboru i wartości, jakimi się sugeruje. Chciałby wiedzieć jak to się stało, czy od dawna coś do niej czuł, albo, co gorsza, w jakich okolicznościach się zeszli, bo przecież nie miała wielu przyjaciół. Prócz Toma nikogo. Była wyrzutkiem, czarną owcą w ich szkole, na której wszyscy się wyżywali. Ciekawość Czarnego na pewno w niekorzystny sposób wpłynęłaby na ukrywaną przez niego tajemnicę. -Przyjdzie dziś do mnie, bądź dla niej miły.- Dodał po chwili. W głowie Toma wciąż była blondwłosa dziewczyna. Nie mógł się doczekać, kiedy znów ją zobaczy. Pragnął jej uśmiechu, obecności. Chciał wziąć ją w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
-Ok. Ja i tak dziś wychodzę.- Odparł beznamiętnie. Na tym etapie rozmowa bliźniaków zakończyła się. Bill westchnął, pokręcił głową z dezaprobatą i wlepił oczy w ekran telewizora.
Widać było, że zszokowała go ta wypowiedź. Nie ukrywał, nie przepadał za tą dziewczyną. Traktował ją inaczej niż wszystkich. Była dla niego osobą dość dziwną. Pierwszy raz w życiu spotkał się z takim typem człowieka. Nie pojmował jej zachowania. Zamknięta w sobie, wiecznie smutna, pozbawiona optymizmu i chęci poznania nowych ludzi, obrażona na cały świat i pyskata, jak ich mało. Nie lubił tego typu dziewczyn. Jego egoistyczne myślenie nie pozwalało mu przejrzeć na oczy. Gdyby tylko chciał, gdyby tylko spróbował do niej dotrzeć, na pewno zauważyłby, co tak naprawdę dzieje się z jej duszą. Co musi przeżywać budząc się każdego ranka i zastanawiając się czy dziś przeżyje, czy ojciec nie zakatuje jej na śmierć. Wszystko było widać w jej oczach. To one ją zdradzały. Nie wiedział o tym. Nie miał pojęcia o jej problemach. Był przekonany, że wie o niej więcej niż ktokolwiek. W jego oczach była rozpieszczoną i zadumaną w sobie nastolatką, która zdecydowanie nie pasowała do dzisiejszego świata.
Nie wiedział, co powiedzieć bratu. Obydwoje znali jego nastawienie do Kate. Nie rozumiał Toma, jak mógł się z nią związać, ale przecież każdy ma prawo kochać i żyć z kimś, kto według niego na to zasługuje.
Bill podejrzliwie przyglądał się Tomowi. Cały czas trząsł się. Co do tego nie miał wątpliwości. Do tego ten niespokojny wyraz twarzy... Był pewien, że coś się z nim dzieje.
-Masz gorączkę?- Troskliwie zapytał.
-Nie, skąd. Co ci znowu przyszło do głowy?- Odpowiedział zupełnie bezuczuciowo. Tak, jakby chciał zamaskować swój tragiczny stan. Doskonale wiedział, czemu drży, czemu jest taki zdenerwowany. Tom, dasz radę.- Powtarzał sobie w myślach.
-Cały się telepiesz. Przyniosę ci koc.- Czarny wstał z fotela i kierował się do sąsiedniego pokoju.
-Udało się.- Wyszeptał sam do siebie. Zacisnął pięści i powieki, a w myślach błagał Boga o przetrwanie tego stanu. (...)

Sharon i Kate siedziały na pniu jakiegoś starego, ściętego drzewa. To miejsce, okoliczności i sytuacja, w jakiej się znalazły nie były komfortowe dla żadnej z nich. Każda przebywała w swoim świecie. Pogrążona we własnych przemyśleniach, jakże odmiennych mogłoby się wydawać. Jednak tak nie było. Myślały o sobie wzajemnie. W marzeniach snuły plany na przyszłość, na lepsze życie. Na bytowanie godne istoty ludzkiej zasługującej na szacunek społeczeństwa.
Wiał silny wiatr i padał deszcz. Były doszczętnie przemoczone. Młodsza dostawała już nawet drgawek. Całe jej ciało dygotało. Czuła jak wszystkie mięśnie odmawiają posłuszeństwa, tak jakby miała wieczne zakwasy. Ból wręcz nie do opisania. Dodatkowo świąd łydek i ta straszna świadomość, że to wszystko przez ten nałóg, w który tak szybko dała się wciągnąć. Nie mogła powiedzieć o tym matce. Nie teraz, nigdy. Musiała dziś wytrzymać bez niczego. Liczyła się z tym, że podejmując taka decyzję już nigdy nie będzie mogła niczego wziąć. Zawsze będzie kimś, kto bez zastanowienia oddał się w ręce szatana, wszystkich złych zaklęć i nadprzyrodzonych moc. Popadła w skrajność wyimaginowanych marzeń, które i tak nigdy nie stałyby się rzeczywistością. Świat, życie i te wszystkie wnioski, do jakich dochodziła przerastały ją do granic możliwości. Miała wrażenie jakby żyła gdzieś indziej. Nie tu, nie w tym mieście, kraju, nie w tym życiu.
Kate nadal tkwiła w ramionach swojej matki. Nie odzywała się. Nie wiedziała, co i jak ma mówić. Czuła, jak delikatna dłoń kobiety gładzi ją po głowie. Znowu poczuła się dziwnie obco. Bezpiecznie. Nie bała się świata. W głębi serca czuła, że wszystko jest i musi być dobrze. Wzmocniła uścisk i nerwowo zacisnęła powieki by powstrzymać łzy. Czuła te nienamacalne ciepło bijące od rodzicielki. Od niepamiętnych czasów po raz pierwszy wyczuła tę wielką wieź, która między nimi istniała. Zastanawiała jak mogła się tak mylić, jak mogła dochodzić do tak błędnych i niemądrych wniosków. Nie mogła pojąć toku swoich myśli, tego jak chciała żyć bez tego jakże miłego, ale i obcego uczucia w sercu. Bez troski i bezpieczeństwa zapewnionego przez rodziców. Teraz już była pewna, odzyskała kogoś dla niej bardzo ważnego. W myślach dziękowała Bogu za to, że skierował ja jak na razie na prawidłową drogę. Za to, że pozwolił przełamać jej pychę i dumę, za to, że w końcu znów miała matkę.
-Co teraz? Co teraz będzie?- Cicho wyszeptała blondynka. Bała się odpowiedzi. Nie chciała, aby wszystko od tak prysło, aby okazało się pięknym snem na jawie, po którym zostaje tylko niedosyt i chęć śnienia o tym samym.
-Nie wiem... Nie wiem.- Powtórzyła Sharon i uniosła głowę ku niebu. Nozdrzami wciągnęła świeże powietrze i przymknęła oczy. –Gdzie Ty się podziewałaś przez te wszystkie dni? Ojciec Cię szukał i podobno zna...
-Przestań. Nie chcę o nim mówić. Znalazł, ale uciekłam. Nie poszłabym z nim nigdzie. Na pewno już byś mnie więcej nie zobaczyła.
-Ale gdzie byłaś?- Ponagliła pytanie. Nie chciała, aby jej jedynemu dziecku coś się stało.
-U Toma.- Szybko zełgała. Karciła się za ten czyn, ale w gruncie rzeczy, co miała powiedzieć własnej matce? To, że przez cały ten czas przechadzała się po ulicach miastach? To, że spała na obskurnych parkowych ławkach, w czyjejś piwnicy bądź w ogóle? Miała jej wyjawić cała prawdę o sobie? O tym, że ćpa? O tym, że przy chęci zbudowania własnego świata zagubiła się w labiryncie bez wyjścia? Nie. Nie mogła. Za dużo błędów popełniła, aby móc o tym mówić otwarcie. Przypuszczała, że nigdy nie przyzna się do tych czynów. Oswoi się z nimi i wyrzuci z pamięci. Pozbędzie się wyraźnych dowodów swojej lekkomyślności i zbyt wielkiej ufności swojej wyobraźni.
-Zamieszkaj u mnie. Mam małe mieszkanko, na więcej mnie na razie nie stać, ale...
-Pod jednym warunkiem.- Rzuciła szybko przerywając tym samym matce w połowie zdania. Nie robiło się tak. Wiedziała o tym. Sharon sama jej tego uczyła.
-Jakim?- Zapytała zupełnie zszokowana kobieta. Nie miała jakiegokolwiek pojęcia o tym, co to może być za konieczność. Podejrzanie spojrzała na córkę i cierpliwie czekała, aż uświadomi ją w swych poczynaniach.
Kate przybrała dość poważny wyraz twarzy. Był tak stanowczy i wrogi, że na ciele jej matki wystąpił dreszczyk strachu. Nie wiedziała jak ubrać ładnie w słowa to, co chciała jej powiedzieć. Nie była najlepsza z niemieckiego, ani też nie potrafiła owijać w tzw. bawełnę. Odgarnęła włosy z twarzy, po czym swój wzrok przeniosła na matkę. Bała się. Tak samo jak ona była zdruzgotana i pozbawiona pozytywnego nastawienia do życia.
-Skończysz z tym, czym się zajmujesz.- Powiedziała stanowczo Kate. Chciała odwrócić wzrok, nie mogła wytrzymać tego napięcia, tych wszystkich emocji, które odczuwała patrząc w piwne oczy matki. Widziała, jak na twarzy Sharon maluje się malutki, niepewny uśmiech. To dodało jej pewności. Jeden gest, tak niewielki wystarczył, aby dziewczyna zrozumiała to, co matka chciała jej przekazać bez słów. Świadoma była tego, ze wykonywanie seksu za pieniądze od dawna ciążyło na psychice jej matki. Nie oczekiwała na słowną odpowiedź. Nie zmuszała jej do czynu, który znów mógłby zranić je obie. Nie potrzebowała do rozszyfrowania tego przekazu tłumacza czy zwykłych wyjaśnień. Zrozumiała wszystko.

komentarze [50]

>>5.Ein neuer Tag beginnt.>> niedziela, 20 stycznia 2008 00:11:12
Witam.
Przepraszam za nieobecność. Aż mi wstyd, ale nie miałam czasu. Zapraszam na notkę.

Schmetterling




Nowy dzień. Kolejne chwile, godziny, minuty i sekundy istnienia każdego człowieka. Pokonywanie własnego strachu i słabości. Zaczynanie życia od podstaw, uczenia się kochania i wiary w lepsze jutro. Dążenia do spełnienia za wszelką cenę ambicji, które w większości i tak wyniszczają naszą psychikę...


Młody chłopak przeciągnął się i przetarł spuchnięte oczy. Za oknem padał deszcz. Krople wody spływały po szybach, stukając tym samym o parapet. Granatowy kolor nieba zapowiadał burzę. Nie przejął się tym. Przecież to tylko deszcz, zwykłe krople wody spadające z nieba. Nic więcej.
Stanął przy oknie. Bezcelowo wpatrywał się w okno czyjegoś domu. Czuł się dziwnie, tak inaczej. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, gdzieś głęboko w sercu czuł, że tym razem mu się uda. Że nie będą to zwykłe, puste postanowienia rzucone gdzieś w otchłań próżności. Nigdy, nie był tak przekonany, że tym razem to będzie coś, na co tak długo czekał. Na szanse nowego życia, lepszego. Nie był już sam. Oprócz rodziny, która nic nie wiedziała o jego prywatnym życiu miał kogoś, kto wiedział wszystko. Kogoś, komu na nim zależało. Kogoś, dla kogo był całym światem.
-Tom, synku przyjdź do kuchni!- Krzyczała jego Matka. Kochał ją, jednak mimo to cały czas ją okłamywał. Była zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się z jej dzieckiem. Nawet w najśmielszych podejrzeniach nie posądzałaby go o narkotyki. Nigdy.
Kaulitz wszedł do kuchni. Wcale się nie śpieszył. Miał czas na wszystko. Myślami cały czas był przy Kate. Widział jak idą za ręce przez park. Widział jej uśmiech, który był tylko dla niego. Widział wszystko to, co chciał zobaczyć. Świat bez narkotyków, normalnych nastolatków, którzy po prostu, od tak zakochali się w sobie i pragnęli żyć razem. Wpatrywał się w widok za oknem. Nic nadzwyczajnego, uliczka, kilka drzew, jakiś domek i stary, rozsypujący się samochód sąsiadów. Widział ich, jak przechadzają się deptakiem przed domem...
-Tom! Czy ty mnie dziecko w ogóle słuchasz?- Zbulwersowała się Simone. Nienawidziła, gdy mówiła do kogoś, a ten jej nie słuchał. Dostawała białej gorączki na samą myśl, że będzie musiała mówić jeszcze raz.
-Co? A tak, tak. Oczywiście, ze słucham.- Odpowiedział trochę się jąkając.
-Przestań. Proszę Cię, nie kłam, chociaż. Od początku. Musze wyjechać służbowo na kilka dni. Zostawiam Wam dom pod opiekę. Jeśli sąsiedzi będą się skarżyć przyjedzie do was babcia. Tyle.
-Mogę już iść do siebie? Jestem zmęczony.
-Co robiłeś całą noc?
-Spałem.- Odpowiedział krótko.
-Ty i te Twoje imprezy. Dziecko, weź się za naukę.
-Też cię kocham, mamo.- Odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. Nie miał ochoty na ciąg dalszy tej rozmowy. Usadowił się w salonie na wielkiej kanapie, wziął pilot do ręki i bezmyślnie przełączał kanały w telewizorze.


W tym samym czasie Kate przemierzała po raz tysięczny alejki w parku. Szła powoli. Wydawało jej się, że dziś wszystko wygląda inaczej niż wczoraj. Nawet ludzie mieli bardziej przyjazne twarze niż przedtem. Nigdzie się nie śpieszyła. Musiała to wszystko przemyśleć. Zastanowić się nad swoim życiem, bo przecież teraz miało ono ulec całkowitej zmianie.
Usiadła na jakimś kamieniu. Nie znała tego miejsca. Nigdy wcześniej tu nie była. Jednak od razu polubiła ten skrawek świata. Drzewa lekko poruszały swoimi koronami raz w lewo, raz w prawo. Cisza. Tak idealna, bez skaz dla niej nigdy nie istniała. Żyła w wielkim chaosie, w którym nikt nic nie rozumiał. Każdy chciał żyć tak, aby tylko jemu było dobrze. Ci silni mieli szansę na przetrwanie, słabi psychicznie nie. Od razu lądowali na samym dnie. Bez jakiejkolwiek pomocy od społeczeństwa. Zostali wepchnięci do niewielkich rozmiarów klatki, w której brakowało miejsca dla wszystkich. Było ich za dużo. Nie mieli, czym oddychać...
W pewnym momencie Kate usłyszała jakieś krzyki. Na początku była pewna, że uruchomiła się jej chora wyobraźnia. Przez następne kilka minut znów panowała cisza. Znów była sam na sam ze swoimi myślami, ze swoim życiem. Sama ze sobą.
Gdzieś z daleka dobiegł głośny wrzask. Teraz była już pewna. Mogłaby dać uciąć sobie rękę, że coś słyszała. Krzyki powtarzały się, co kilka sekund. Zerwała się z miejsca i zaczęła szukać punktu, z którego pochodziły. Nie wiedziała gdzie iść. Była w szoku. Tak bardzo nie chciała, aby to była prawda. Pragnęła, aby się jej przesłyszało. W głębi duszy modliła się o to. Szła za tym głosem. Głos na pewno był kobiecy. Wydawał się jej nawet znajomy. Tonacja głosu ją wprost przerażała. Panika, strach, ból i rozpacz. Inaczej nie umiała tego określić. Wiedziała, że komuś dzieje się krzywda.
Nagle kryzki ustały. To ją zgubiło. Poszła w zupełnie innym kierunku. Dopiero po jakimś czasie znalazła kobietę leżącą na trawie. Była niemalże nieprzytomna. Całą twarz miała poobijana, a z nosa ciekła krew. Potargane włosy i porozrywane ciuchy. Doszczętnie zniszczone spodnie i bluzka. Przykucnęła przy nieznajomej. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Łzy same napłynęły jej do oczu. W tej chwili żałowała, że znalazła się tu i musiała to wszystko słyszeć. Cała dygotała. Nie mogła tego opanować. Lekko szturchnęła kobietę. Obudziła się.
-Spokojnie. To tylko ja, mamo. –Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zwróciła się do niej, tak jak dzieci mówią do swoich rodzicielek. Dziwnie obco to słowo brzmiało jej ono w uszach. Tęskniła za tym. Tęskniła za brakiem matki. Spojrzała w jej zapłakane oczy. Szybko odwróciła głowę. Nie chciała patrzeć w oczy, które zdradzały ile osoba będąca obok niej przeszła. W dodatku to wszystko przez jej ojca. Coraz bardziej go nienawidziła. Złapała matkę za rękę i odgarnęła włosy z jej twarzy.
-K...Kate? Dziecko, co Ty tu robisz?- Zapytała niepewnie. Nie mogła znieść głosu córki. Tak bardzo było jej wstyd. Te krzyki, jej wygląd, to, czym się zajmowała przynosiło jej tyle hańby. Czuła ten litościwy wzrok dziecka. Chciała umrzeć, byleby nie czuć tego strasznego uczucia. Chciała urodzić się od nowa, zacząć inaczej żyć. Pragnęła pozbyć się całego brudu ze swojego ciała, życia i poczynań. Zawiodła ją. Wszystkich zawiodła. Siebie też.
-A ty?- Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Nie usłyszała odpowiedzi. W gruncie rzeczy nie miała pojęcia jak ma się teraz zachować. Czy przytulić matkę, czy też zostawić ja samej sobie? Milion myśli na sekundę. Świadomość bezsilności nie dawała jej spokoju. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, gdyby wcześniej znalazła matkę, na pewno nic złego nic by się nie stało.
-Tak wygląda Twoja praca? Wszyscy niewyżyci zboczeńcy cię gwałcą?!- Krzyczała. Nie mogła opanować emocji. To było dla niej za wiele.
-To nie tak...
-A jak? Do jasnej cholery jak?! Wytłumacz mi, bo nie rozumiem.- Zapadła cisza. Sharon usiadła naprzeciwko niej i spuściła głowę. Twarz skryła w dłoniach i zanosiła się głośnym szlochem.
-Odpowiedz mi! To jest w twoim życiu najważniejsze? Sprzedawanie się za pieniądze? Sprawia ci to przyjemność? Spójrz na siebie.
-Co mam ci powiedzieć? Że jestem dziwką? Tanią prostytutką, która w taki sposób zarabia na życie? Kate, to chciałaś usłyszeć?- Kobieta wstała i odeszła kawałek. Z podartej kieszeni wyciągnęła paczkę papierosów. Włożyła jednego do ust, zapaliła go i po chwili zaciągała się dymem.
Kate nie odezwała się. Znów wiedziała, że powiedziała za dużo. Zbyt szybko dała ponieść się emocjom. Żałowała tego, co powiedziała. Wszystkich tych słów, które dziś między nimi padły. No może tylko prócz tego, jak nazwała ją matką. Musiała ja przeprosić. Teraz, natychmiast. Jednak mimo chęci coś jej na to nie pozwalało. Nie potrafiła przyznać się do błędu. Chciała ją przytulić, tak dawno tego nie robiła. Pragnęła powiedzieć jej, że mimo wszystko i tak ją kocha, że już dawno jej wybaczyła, a przede wszystkim, za wypowiedzenie wszystkich tych słów, przez które tyle wycierpiała. Patrzyła jak jej matka stoi przy drzewie i opiera się o nie. Wstała i powoli szła ku niej. Panowała taka cisza, że można było usłyszeć bicie jej serca. Zatrzymała się za jej plecami. Łzy spływały po jej policzkach. Nie potrafiła tak po prostu przeprosić swojej własnej matki. Nie umiała pokazać skruchy przed osobą, dzięki której istniała.
Sharon odwróciła się. Ujrzała przed sobą swoje dziecko. Tak dawno nie stała tam blisko niej. Tak dawno nie słyszała jej głosu. Tęskniła za nią bardzo. Patrzyła w oczy swojej pociechy. Bardzo dobrze ją znała. Wiedziała, że to wszystko bardzo dużo ją kosztuję, że boi się czegokolwiek powiedzieć, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie między nimi tak jak kiedyś. Płakała. Nie mogła przestać. Tak bardzo chciała, aby to był tylko jakiś straszny koszmar, aby mogła zaraz otworzyć oczy i znaleźć się w swoim domu, w którym życie było prostsze. Pamięcią wracała do czasów, gdy jej mąż jeszcze był normalny, gdy jeszcze nie pił i nie bił jej i Kate.
Przytuliła stojącą kopię jej przed sobą. Obydwie objęły się bardzo mocno i stały tak przez jakiś czas nie wypowiadając żadnych słów. Nie wydając oznak życia.
-Kate, co zrobiłam nie tak? Zacznijmy od nowa, proszę... – Każde słowo wypowiadała z wielkim trudem. Pierwszy raz w życiu czuła, jak bardzo zawiodła siebie i innych. Teraz w myślach błagała Boga, aby dał jej kolejną szansę i wiele sił na odbudowanie tego, co tak szybko straciła. Tego, co było dla niej najważniejsze w życiu. Zaufania i miłości swojego dziecka.

komentarze [67]

>>4.Zusammen.>> piątek, 27 lipica 2007 01:32:39
Siemka.
Przepraszam za tak długą przerwę.
Nie miałam weny- to po pierwsze, po drugie- nie cały tydzień temu wróciłam z kolonii, a po trzecie- w raz z Ann przygotowywałyśmy wielkie otwarcie naszego bloga z dodatkami z Tokio Hotel.
Serdecznie Was wszystkich zapraszam, jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie:) Mamy ponad 700 avatarów:) Myślę, że warto zajrzeć;]

Dobra, koniec reklamy, teraz coś o notce. Wyszła dosyć długa. W sumie to miała taka być. Postów nie będzie przez najbliższy miesiąc, gdyż wybywam do Niemiec na cały miesiąc i wracam jakoś w ostatnim tygodniu wakacji. Notka pisana trochę inaczej niż zwykle. Mam nadzieję, że sie spodoba, a jak nie to trudno. Pisać od nowa na pewno jej nie będę:)
Chciałabym bardzo mocno uściskać moją kochaną Ann:*,
Penalty- moją dziewczynkę od galopiku,
Asię- która zawsze mi pomoże i doradzi we wszystkim:)
Madzię- kiełbacho Ty;d
Gustavową- tęsknię, tęskniłam i będe tęsknić przez najbliższy miesiąc:(
oraz pannę Nightwish- dziękuję za rozmowę i foteczki:*

Dziękuję za wszystkie komentarze- tylko tyle mogę powiedzieć. A teraz długo wyczekiwana notka:)

Schmetterling







Noc. Uciekałam znów, musiałam. Ojciec mnie znalazł. Jakaś kobieta zgłosiła na policję, że nocuję w piwnicy. Gdybym tak mogła ją zabić. Uderzyć raz a porządnie, albo... Z resztą nie ważne. Uciekłam i to się liczy. Ojciec mnie widział. Ten jego wzrok. Brrr, na samą myśl aż mnie ciarki przechodzą, już czuję na plecach pas, którym wymierzałby ciosy. Jeden, drugi, trzeci... Ażby zabrakło mu sił. Zapewne umarłabym dziś. Biłby mnie i się śmiał. Tato, nienawidzę Cię.
---
Brałam dziś. Tym razem koka. Musiałam wciągać nosem. Szybko poszło. Nie mogłam się już powstrzymać. Codziennie mam jakiś towar. Przeszłam z miękkich na twarde. Nikt nie wie, że coś zażywam. Bo, po co? I tak by to nikogo nie obchodziło. Nie próbowałam jeszcze hery. Boje się. Choć tak naprawdę nie wiem, czego... Nie mam nic do stracenia. Może tylko tych marzeń, których nikt nie może mi odebrać... Strasznie się dziś czuję. Tak jakbym nie była sobą, jakbym wymieniła się z kimś ciałami, z kimś zupełnie obcym...
Chciałabym żyć inaczej, nauczyć się kochać, ufać... Być kimś. Nie wyrzutkiem społeczeństwa, zwykłym menelem, który szwęda się po całym mieście i żebrze na coś do jedzenia czy picia... Mogłabym mieć w kieszeni mnóstwo koki i kwasu. Trzymać ręce w kieszeni i z uśmiechem na twarzy iść przez życie. Czegóż chcieć więcej? Może tylko, aby Tom znów do mnie mówił, uśmiechał się i słuchał mnie. Bez niego nawet na kwasie jest mi źle.
Zastanawiałam się dziś, czy mama żyje, gdzie jest. Mimo wszystko chciałabym ją jeszcze raz zobaczyć...
Mamo, już Ci wybaczyłam. Teraz to tylko urażona duma i strach przed okazaniem skruchy za te wszystkie słowa, które padły z moim ust nie potrzebnie. Były nie przemyślane. Przepraszam.
***

Chłopak w czarnej bejsbolówce szedł przez miasto. Była noc. Dziś był czysty. Nie miał pieniędzy, towaru, niczego... Znajomi- bardziej zaawansowani od niego narkomani nie chcieli się dzielić. Sami potrzebowali prochów. W tym świecie nikt się z nikim nie dzielił, nikt nikogo nie kochał, ani nie lubił. Liczyła się tylko dawka i nic więcej. Chwila przeniesienia się w inny wymiar, a potem nieprzyjemny powrót do rzeczywistości i załatwianie towaru od nowa. Rutyna każdego dnia narkomana. Żadnego urozmaicenia. Tylko prochy i oni.

Poranione ręce, łydki, całe ciało doszczętnie podrapane. W niektórych miejscach nawet do krwi. Schował ręce w kieszenie i szedł przed siebie. Tom, czemu się wpakowałeś w to gówno? Czemu?- Mówił w myślach sam do siebie. Nienawidził się za to. Za herę i za inne badziewia, które brał. Miał marzenia, plany... A teraz? Teraz myślał tylko o jednym. Jak zdobyć pieniądze na narkotyk?
Przysiadł na ławce. Nie miał siły iść. Po całym ciele rozchodził się ogromny świąd. Tak bardzo chciał cofnąć czas. Gdyby tylko mógł, na pewno nigdy by nie sięgnął po "magiczne tabletki". Nigdy. Brakowało mu sił, aby zacząć wszystko od nowa. Pamięcią sięgał do lat dzieciństwa, gdy wraz ze swoim bratem ganiał po drzewach, wygłupiał się i śmiał. Brakowało mu tego tak bardzo, jak nigdy dotąd. Poczuł,jak w jego sercu coś pęka. Straszny ból opętał jego dusze. Kilka słonych łez na znalazło się na jego wargach. Szybko je otarł i wstał. Cały się trząsł, mimo to ruszył przed siebie, w nieznane...
Do rana błąkał się po parku w poszukiwaniu towaru. Udało mu się. Ukradł jakiemuś chłopakowi, po którym było widać, że jest nowy w tej branży. Śmiał się z niego w duszy, ale i zazdrościł. Kiedyś też taki był... Nieświadomy niczego i strachliwy. Normalny...
W domu był dopiero rano. Wszyscy spali. Mama i brat, nawet pies go nie przywitał. Wziął szybki prysznic, założył bokserki i usiadł na podłodze. Z kieszeni od spodni wyciągnął cienką rurkę i proszek zapakowany w przezroczystą folijkę. Wysypał zawartość opakowania na podłogę i porozdzielał w podłużne paseczki. Do prawej dziurki nosa przyłożył słomkę, drugą zacisnął palcem i po kilku sekundach wciągał towar...(...)
Odpłynął. Problemów już nie było. Już nie chciał przestać brać. Czuł się dobrze i teraz tylko to się liczyło. Świąd ciała ustał, nic go nie bolało- przynajmniej na razie tego nie czuł. Nie przejmował się, że znów przegrał walkę. Walkę z własnym poczuciem godności, psychiką, a przede wszystkim ze sobą. Po raz kolejny poddał się.
Poszedł do swojego łóżka, nakrył się kołdrą i patrzył w sufit. Myślał o niej. Cały czas chodziła mu po głowie. Powoli zapominał jak wygląda, jak się uśmiecha, krzyczy i smuci. Brakowało mu Kate. Pierwszy raz w życiu, czuł, że jest uzależniony od kogoś, od czyjegoś towarzystwa... Była taka niewinna, bezbronna, śliczna...Wszystko zepsuł. Gdyby nie on, nie tamta tabletka, która tak niewinnie wyglądała, teraz wszystko byłoby inaczej.- Nawet nie wiem czy żyjesz...- Powiedział sam do siebie. Szybko jednak odgonił tą myśl. "Przecież ona musi żyć, musi żyć dla mnie..."
Nie chciało mu się spać, nie teraz. Znów był pełen energii, chęci do życia...
Wyszedł z domu. Nie wiedział, gdzie idzie, nogi same go kierowały. Słońce wschodziło. Na dworze było już jasno. Przemierzał przez park. Z daleka zobaczył znajomy zarys postaci. Serce prawie mu wyskoczyło z radości. Nie mógł opanować euforii. Podbiegł do niej. Siedziała tyłem. Położył dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna wystraszyła się. Dreszcz przeszedł przez jej ciało. Już otwierała usta, by wydobyć ze swoich malinowych warg krzyk, gdy osoba stojąca przed nią przerwała jej.
-Spokojnie, to tylko ja...- Wypowiedział uśmiechając się przy tym. Tylko on tak potrafił, nikt inny. Uśmiechy zarezerwowane tylko dla niej. Wiedziała, że są szczere. Czuła to gdzieś głęboko w duszy.
-Tom...- Wyszeptała cichutko. W ręku trzymała kokę. Mocno zacisnęła pięść, by nie zauważył. Przeszkodził jej, gdyby to był ktoś inny, zdenerwowałaby się. Lecz nie teraz. Tak dawno go nie widziała. Nie słyszała jego głosu... Stęskniła się za nim. Teraz znów mogła patrzeć w jego oczy i czuć to dziwne uczucie.
Usiadł przy niej. Nie spuszczał z niej wzroku. Już dawno nic mu nie sprawiło takiej radości, jak jej widok. Chciał wykrzyczeć całemu światu jak bardzo mu na niej zależy, ile znaczą dla niego te nieśmiałe uśmiechy, ile znaczy dla niego brzmiący w uszach dźwięk jej głosu... Nie mógł, przynajmniej nie teraz, gdy był na prochach. Delikatnie objął ja ramieniem. Widział, że cala się trzęsie. Wszystko nagle przestało istnieć i liczyć się. Byli tylko oni, ich nie równe oddechy i ukradkowe spojrzenia. Nawet myśli mieli podobne.
Jeden nietaktowny, fałszywy ruch. Wszystko prysło. W najmniej oczekiwanym momencie. Z delikatnej dłoni Kate coś wypadło. Dziewczyna cicho zaklęła pod nosem. Zrzuciła ze swoich ramion dłoń Toma. Szybko schyliła się, zgarnęła z chodnika przezroczystą torebeczkę i pobiegła przed siebie. Serce biło jej jak szalone. Musiała biec tak szybko, jak najszybciej potrafiła. Słyszała za sobą jego głos. Ciągle powtarzał jej imię. Starała się nie reagować. Tysiąc myśli na sekundę, brak oddechu... Coś zamgliło jej wzrok. Czuła tylko jak leci w dół. Nie mogła tego opanować. Wyciągnęła ręce przed siebie, by uśmierzyć upadek. Rozłożyła dłonie. To był jej błąd. Jej skarb, chwila uniesienia, barwnego życia bez kłopotów- niewielkich wymiarów torebeczka wyleciała z jej ręki. Przez chwilę czuła straszliwy ból związany ze starciem naskórka. Zamknęła oczy, by po chwili znów móc wstać i uciec. Złapała za przeźroczysty woreczek i podniosła się. Tom dobiegł do niej. Na szczęście zdążył. Złapał ją za ramiona i lekko potrząsał jej ciałem.
-Co ty wyprawiasz? Oddaj mi to.- Mówił patrząc jej głęboko w oczy.
-Zostaw mnie. Po co mam Ci to oddać? Sam nie masz towaru? O to Ci chodzi, tak? Aby zabrać mi i samemu wziąć.
-Nie, chodzi mi o Twoje dobro.
-O moje dobro? Przestań. Czy ty wiesz, o czym mówisz? Moje dobro jest tu. -Pomachała mu kokainą przed nosem po czym szybko wsunęła woreczek do kieszeni.-W mojej dłoni, i nic poza tym nie przynosi mi radości.
-Nic?
-Nic! Daj mi spokój. Zostaw mnie, proszę...
-Kate, zrozum mnie. Nie możesz brać. Nie ty. Nie truj się tym. Nikomu to na dobre nie wyszło.
-Czemu ja? Czemu to ja mam nie brać? O co ci właściwie chodzi? Sam masz źrenice, jak główki od szpilek, ale to na mnie się wydzierasz! Puść mnie! - Wyrwała się z jego uścisku. Zapadła cisza. Słychać było tylko pogwizdywanie wiatru i szelest spadających liści. Teraz nadszedł ten właściwy moment, by uczucia wreszcie ujrzały światło dzienne. Aby nie trzeba było ukrywać tego, co najważniejsze w życiu. Dwie zagubione istoty tego niesprawiedliwego świata stały naprzeciw siebie. Kate spoglądała w czubki swoich przemokniętych butów. Nerwowo przebierała stopami. Czuła się niezręcznie. Za dużo powiedziała. Było jej wstyd, zawsze mówiła to, czego nie powinna.
-Kate, nie brnijmy w to dalej. Chcesz tego?- Nikt mu nie odpowiedział- Chcesz skończyć w jakiejś ubikacji ze strzykawką w bitą w rękę? Bo ja nie. Mam dość. Chciałbym z tym skończyć.
-Więc, co stoi na przeszkodzie?- Uniosła dumnie głowę. Jej oczy wyrażały wielkie zdumienie. Nie rozumiała nic, co Kaulitz chciał jej przekazać.
-Wyjdziemy z tego. Ja pomogę ci, ty możesz mi, dobrze? Zaczniemy życie od początku, razem...- Oznajmił z naciskiem na ostatnie słowo. Nastolatka pokiwała głową i spuściła głowę w dół. Otworzyła leciutko usta i cicho szepnęła...
-Tom...- Tylko tyle była wstanie powiedzieć. Chłopak przytulił ją. Przywarli do siebie ciałami. Blondynka skryła twarz w jego ramionach.. Dopiero teraz zrozumiała, że jest uzależniona. A przecież była pewna, że to jej nie dotyczy. Myślała, że jej się uda, że będzie silna i pokaże wszystkim, ze biorąc nie można się uzależnić. Chciała być silną, inteligentną i przebiegłą. Próbowała oszukać cały świat, gdyż tak naprawdę okłamywała tylko samą siebie.
Zrozumiała jeszcze coś bardzo ważnego. Uświadomiła sobie, co czuje do Toma. Coś bardzo silnego. Za wcześnie było jednak, żeby można było nadać nazwę temu uczuciu. Nie narkotyki czy coś innego, ale to właśnie ON był i jest jej powietrzem. To dzięki niemu jeszcze żyła. On ją zawsze pocieszał i wierzył w nią. Zawsze był przy niej, gdy tego potrzebowała. Pragnęłaby tak już zostało do końca jej dni. Chciała być jego księżniczką. Popłakała się. Jej łzy były wielkości grochu. Po raz kolejny w życiu przegrała, poddała się bez walki. Udawana siła, bezinteresowność i egoizm nagle prysły jak bańki mydlane. Skorupa niedostępności, jaką starała się wokół siebie wybudować znikła. Wystarczyło tylko kilka słów, jedna chwila, aby wszystko się zmieniło.
Nie padło już żadne zdanie, słowo. Cisza opanowała cały świat, była ich słowami i potrafiła wyrazić wszystko. Nie musieli ogłaszać całemu światu o tym, co czują. Wystarczyło, że byli teraz ze sobą i nic więcej nie miało znaczenia... Teraz musieli zacząć od nowa. Wybudować życie od podstaw. Pierwszy krok, ten najważniejszy mieli już za sobą. Zapragnęli żyć inaczej, lepiej. Byli pewni, że teraz od tej chwili sposób i tryb ich życia ulegnie zmianie. Głęboko wierzyli, że pewnego dnia rutyna dnia codziennego stanie się czymś obcym o czymś któregoś pięknego dnia zapomną na zawsze...

C.D.N
komentarze [47]

>>3. Na własny rachunek.>> sobota, 28 kwietnia 2007 14:05:20
Hej :).
Przepraszam za tak długą przerwę, ale niestety...Sprawy osobiste. Nie będę Was w to wtajemniczać, bo naprawdę nie warto. Pytacie się, czy cały czas będę pisała w formie pamiętnika, czy będą jakieś dialogi etc. Tak, będą i w niektórych sytuacjach będę pisała jako narrator. Chciałam jeszcze dodać, że nie opisuję tu swoich własnych doświadczeń. Pozdrawiam i całuję:)
Schmetterling





Ojciec właśnie wyszedł dziś z domu. Miałam trochę spokoju przez dokładnie godzinę i trzydzieści trzy minuty. Ciągle patrzyłam się na zegarek. Nie chciałam, aby wracał. Było tak spokojnie, tak dobrze... Zastanawiam się, co się stało. Zawsze siadał w tym swoim starym, śmierdzącym od wylanego piwska fotelu, brał pilot w rękę i bezmyślnie przełączał kanały. Tylko chlał i patrzył się w ten ekran. Zdziwiło mnie jego zachowanie. W dodatku wczoraj uśmiechnął się do mnie. Pierwszy raz od kilku lat. Zaskoczyło mnie to. Znów dal przykład, iż jest psychicznie chory. Chodził po domu i coś nucił. Błagałam, aby tylko nie wszedł do mnie i nie zobaczył bałaganu w pokoju. Od czasu do czasu należałoby posprzątać. Wyłożyłam wszystkie ciuchy z szafy i na podłodze je układałam. Przeszedł przez mój pokój. Przyniósł mi worek na te rzeczy, które nie są mi już potrzebne. Stałam jak słup. Nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego słowa. A w myślach tylko jedno słowo: oszalał.
**
Tak jak podejrzewałam, coś miało się wydarzyć. Jeszcze tego samego dnia wszystko przybrało negatywny tok wydarzeń. Coś bardzo złego. Znów wróciłam za późno. Dostałam pasem tylko pięć razy, ale za to tak mocno jak nigdy dotąd. Potem do tego wszystkiego wpadła do domu zdyszana mama. Jakiś zboczeniec ją gonił. Nie ruszyło mnie to. Sama sobie zgotowała taki los.
Uciekłam z domu. Nie mogłam patrzeć jak ojciec się nad nami znęca. Matka też gdzieś zaginęła. Nie wiem gdzie jest. Musiałam sama się ratować. Gdybym nie zawiała, nie wiem czy bym jeszcze żyła. Latały talerze, wazony, szklanki. Wszystko na raz. Wczorajsza noc była najgorsza w moim życiu. Nigdy tak się nie bałam. Nigdy. Jeszcze moje dłonie drżą, a serce bije jak szalone, gdy pomyśle o ojcu. Dlaczego to właśnie ja mam takie piekło? Dlaczego?
**
Już czwarty dzień nie ma mnie w szkole. Nie mogę się pokazać z fioletowym siniakiem pod okiem i opuchniętą twarzą. Nikt mnie nie może tak zobaczyć. Zabawne, nawet nie płakałam, gdy tata kolejny raz mnie bił. Kwestia przyzwyczajenia. Nie tak się odezwę, nie zrobię tego, co chcę i już, pas idzie w ruch. To jest już rutyna. Nie wrócę do tej dziury... Do nich. Od dziś żyję na własny rachunek, sama bez niczyjej pomocy.
Spotkałam dziś moich nowych znajomych, tych z tamtej niezapomnianej imprezy. Chociaż nie... W prawdzie poszłam tam sama. Nie wiedziałam, czemu i po co. Po prostu szłam przed siebie, tam gdzie mnie nogi kierowały. Podświadomie wiedziałam gdzie idę, lecz wydawało mi się, iż może się jednak mylę, i skręcę gdzieś w jakaś ślepą uliczkę...
Tak miło mnie przywitali, widziałam w ich oczach, że naprawdę się cieszyli. Przysiadłam się do nich i rozmawialiśmy. Nie chciałam stamtąd iść. Było tak magicznie... Czułam jakbyśmy znali się od lat. Widziałam, że mają alkohol. Od razu skojarzyło mi się to moim ojcem. Starałam się odgonić te wszystkie myśli o nim, jednak nie udało mi się. Nastrój zdecydowanie mi się pogorszył. Już nie było tak barwnie i kolorowo. Wtedy taki jeden Marc dał mi jakaś tabletkę. Wcisnął mi ją w rękę. Była zapakowana w przezroczysty, malutki woreczek. Rozpoznałam, co to jest. Ta sama, którą dostałam od Toma. Sama nie wiem, dlaczego serce zaczęło mi szybciej bić na widok tego podarunku. Marc się tylko uśmiechnął. Nikt prócz nas nie wiedział, że mam coś w dłoni. Posiedziałam z nimi jeszcze trochę. Nie chciałam, aby się czegokolwiek domyślili. Rozmawialiśmy o muzyce i planach na przyszłość. Ja jako jedyna ich nie miałam. Powtarzali mi, abym nic nigdy nie brała. Przytakiwałam im, tylko po to, żeby mieć święty spokój. Mam dość tych cholernych nakazów i zakazów. Chciałam to powiedzieć, jednak powstrzymałam się. Głównym marzeniem tych wszystkich ludzi było skończenie z narkotykami. Cieszę się, że myśli nie da się słyszeć. Zabiliby mnie chyba za to. Wiem, jest wobec nich nie w porządku. Dopiero, gdy stamtąd odchodziłam, zrozumiałam, że muszę być szczera. W końcu to są tylko jedyni moi znajomi.
**
Kolejny dzień minął, a ja znów śpię w czyjejś piwnicy. Jest takie niewygodne łóżko i cała szafka w słoikach z ogórkami. Mam nadzieję, że nikt nie zauważy braku tych kilku, które zjadłam. Jestem strasznie głodna. Pić mi się chce jak cholera. Nic prawie nie jadłam. Nie licząc tych ogórków, dwóch jabłek i czekolady. To chyba za mało jak na te cztery czy pięć dni. Straciłam rachubę czasu.
Dawno nie widziałam Toma. Dziwnie mi bez niego.. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że będzie mi go tak brakować. Praktycznie ciągle o nim myślę. Ciekawe, czy on czuje coś podobnego?
Ta cudowna tabletka tkwi w mej kieszonce. Nie wzięłam jej jeszcze. Dziś to zrobię. Znów wszystko będzie super. Zastanawiałam się, czy nie mogłabym ciągle tak żyć na kwasie. Nie miałabym problemów. Właśnie, to jest wyjście z tego całego bagna. Och, Kate, jednak czasem myślisz.

komentarze [78]

>>2.LSD>> wtorek, 10 kwietnia 2007 18:37:39
Siemka:).
Bardzo przeprasza, że noteczka tak późno, ale nie miałam czasu. Szczerze mówiąc, jeszcze trzymają mnie emocje po koncercie Tokio Hotel w Warszawie. Ten tłum pod Torwarem, stanie kilka godzin w ścisku- ach... Było super. Gdyby można było cofnąć czas. Stałam na przeciwko Toma. Tak bardzo mi na tym zależało i udało się:).
Dziękuję za komentarze. Nie spodziewałam się tylu. Oczywiście, wszyscy, którzy mnie dodali do ulubionych będą u mnie.
Do: czarownicy-pies(tenbit)
Wiesz, dziękuję za komentarz. I choć jak sama napisałaś, że wyżyłaś się na mnie nie mam Ci tego za złe. Nie zapewniałam na wstępie przecież, że jestem świetną pisarką. A piszę, bo lubię. Wiem coś o tym szukaniu ideału, sama tak mam. Pozdrowienia dla Ciebie:)

Dzisiejszą notkę dedykuję wszystkim osobom, które są dla mnie ważne. Dziękuję, za to, że jesteście:):*


Schmetterling




ROK WCZEŚNIEJ

Dziś znów się pokłóciłam z mamą. Wróciłam za późno, gdzie moja odpowiedzialność, jak ja się zachowuję- zaczęła mi tak mówić, jakby sama była święta. Tak bardzo chciałam jej powiedzieć, co czuję, gdy wszyscy wokół mówią mi, z kim to dzisiaj się szlajała, na którym rogu stała na ulicy, pod którym sklepem. To jest takie upokarzające. Nie wytrzymuję. Po co mam matkę? Dla mnie mogłaby nie żyć. To nie matka, to dno.
Pamiętniku, dobrze, że chociaż ty pozwalasz mi się odstresować, tylko ty wiesz, jaka jestem naprawdę. Byłam dziś na imprezie. Pierwszy raz od jakiegoś czasu. Czułam się nie swojo. Ci wszyscy ludzie patrzyli na mnie jak małą, grzeczną dziewczynkę, która urwała się z dobrego domu. Nikogo tam nie znałam. Wszyscy obcy, żadnego człowieka ze szkoły. Był tylko Tom. To mój kolega z klasy. Szczerze mówiąc, tylko on mi nie dogryza. Czasem, gdy tylko mam ochotę podchodzę do niego i mówię mu, co myślę, co mnie męczy. Jest jak brat, na którego zawsze mogę liczyć.
Ta impreza była trochę inna niż wszystkie, na których byłam. Dopiero dziś zrozumiałam, czemu Tom jest zawsze taki spokojny, zamyślony. Siedzieliśmy na kanapie i graliśmy w pokera. W pewnym momencie złapał mnie za rękę i zaciągnął do innego pokoju. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Dał mi coś w rękę. Jakąś folijkę z tabletką w środku. Powiedział tylko, że to mi pomoże. Spojrzałam w jego oczy. Źrenice miał wielkości główki od szpilki. Nie pytałam, co mu jest. Domyśliłam się. Znów przemówił do mnie. Tym razem jedno słowo: Hera.- Zamarłam. Jedna połowa mnie chciała stamtąd uciec, a druga kazała zostać. Przez chwile nie mogłam się ruszyć…
Dalej czuję jego wzrok na moim ciele. Patrzył i patrzył. Otworzyłam to, co mi dał. Nie pytałam się, co, jak i po co. Wsadziłam do buzi i połknęłam. Nawet nie wiem, co to było. Przeniosłam się w inny wymiar tego świata. Było mi tak dobrze. Wszystkie problemy zginęły. Nie martwiłam się już o matkę, o to, co powiedzą inni. Wszystko było takie kolorowe, ciekawe i radosne.
Wróciliśmy do reszty. Dotarło do mnie, że każdy z tych tu obecnych coś bierze. Ja byłam nowa, ale czułam w głębi duszy, że już należę do ich paczki, że jestem jedną z nich. Wszyscy byli tacy mili, serdeczni. Nikt na nikogo nie czyhał za rogiem, by powiedzieć coś nie miłego, nie rozgrzebywano przeszłości. Liczyło się to, co jest teraz.
Teraz już wiem, że to jest to. Poznałam fantastycznych ludzi, którzy ignorują świat dorosłych. To my rządzimy, my mamy władze, tylko my... Nikt więcej.

***
Minął tydzień od imprezy. Nie widziałam się z Tomem od tamtego czasu. Dopiero dziś przyszedł do szkoły. Dziwnie się zachowywał. Nie chciał ze mną rozmawiać. Poszłam na przerwie za nim do ubikacji. Nie było nikogo oprócz nas. Trochę dziwnie się poczułam. Pytałam, co mi wtedy dał. Usłyszałam tylko LSD. Ze słuchu słyszałam, że to jakiś tam narkotyk. Nic więcej nie mówił. Był taki rozdrażniony. Staliśmy w tej łazience jak dwa głupki. On oparty o umywalkę, a ja o ścianę. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę. Strasznie mnie interesowało, co to właściwie jest te LSD. Pytałam, co to jest, czym grozi. Chciałam by dał mi jeszcze raz. Po tym tak wspaniale się czułam. Nie bałam się już o kolejny dzień, o to czy przeżyję. Nie obchodził mnie cholerny ojciec. Chciałabym się tak czuć, co dzień. Mówiłam mu to, a on tylko patrzył na mnie. W jego oczach widziałam strach. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną bardzo mocno. Bolało. Krzyczał, że nic więcej od mnie nie dostanie. Wpadł w szał, nie mógł się uspokoić. Uciekłam. Nie chciałam tego słuchać. Nie poszłam na kolejną lekcję. Urwałam się ze szkoły. Poszłam w to miejsce, gdzie poznałam tych obłędnych i cudownych ludzi. Przywitali mnie z uśmiechem. Wiedzieli, że czego chcę. Oczywiście nim dostałam kwas, powiedzieli mi, żebym uważała b od tego też się można uzależnić. Taki strasznie nudny wykład, jakbym słyszała własną matkę. Nie rób tego, to ci szkodzi. Przecież oni są już na bardziej zaawansowanym poziomie. Na około nich pełno strzykawek. Głupie ćpuny, myślą, że nie mam rozumu, że tak samo jak oni wdepnę w to bagno. Dostałam to, co chciałam. Wzięłam na miejscu i poszłam. Obiecałam sobie, że będę brała tylko raz na tydzień. W taki sposób się nie uzależnię.
Szłam przez park. Jaki on był piękny... Trawa już rosła, była taka króciutka. Słońce świeciło. Aż chciało mi się żyć, pierwszy raz w życiu. Spacerowałam sobie i nie myślałam o niczym. Może tylko o tym, by nie zabłądzić, chociaż to też nie było ważne. Zamknęłam oczy. Przez chwilę wdziałam Jezusa na krzyżu. Nigdy wcześniej nie miałam takich wizji. Mówił do mnie. Nakazywałbym chodziła do kościoła. Otworzyłam oczy. Potem upadłam na ziemię. Nawet mnie nie zabolało. To był Tom. Wrzeszczał na mnie. Po co to brałam, kto mi to dał i już nawet nie pamiętam, co jeszcze. Podniosłam się i poszłam przed siebie. Złapał mnie za ręką i gwałtownie przyciągnął do siebie.- Zrozum, to nie jest wcale takie fajne. Też tak myślałem na początku. Nie bierz tego. Chociaż ty...- Tak mi powiedział. Zaśmiałam się i poszłam.
Do domu wróciłam w środku nocy. Chciałam cicho otworzyć drzwi, jednak nie udało mi się. Cały pęk kluczy wypadł mi z rąk. Ojciec się obudził. Przywitał mnie z pasem w ręku. Bił gdzie tylko się dało. Najbardziej bolało na plecach. Z bólu wpadłam w histeryczny śmiech. Ojciec wariował. Śmieszyło mnie to. Ledwo doczołgałam się do łóżka. Od razu zasnęłam.
Czułam, że przez sen płakałam. Rano całą poduszkę miałam mokrą. Nie mogłam się podnieść. Wszystko mnie bolało.
Matka wróciła nad ranem. Tata ją uderzył. Pozostawiłam to bez komentarza i wyszłam. Jeszcze ja bym oberwała, a tego nie chciałam. Specjalnie wyszłam wcześniej. By iść przez park. Ulice, alejki, drzewa i trawa już mnie tak nie zachwycały. Wszystko znów było czarno-białe. Nie zachęcało do życia. Powędrowałam do szkoły. Nie ćwiczyłam na lekcji wychowania fizycznego. Nie chciałam, aby koleżanki widziały moje plecy. Pewnie by mnie obgadały. A zresztą, czym ja się przejmuję? Jestem od nich lepsza, sto raz lepsza. One nic nie wiedzą, mają kochających rodziców, normalny dom... Pieprzyć to. Zazdroszczę im.


komentarze [52]

>>1. Złoty Strzał>> niedziela, 25 marca 2007 17:00:42
Nadszedł ten czas, aby zacząć kolejne opowiadanie. Szczerze mówiąc nie wiem, co napisać, jak zachęcić. Może powiem tylko tyle. Nie kolejne romansidło, nie będzie scen z brazylijskich telenowel i jeszcze Bóg wie, czego. To, co było przed Tokio Hotel. Historia całkowicie zmyślona- z resztą tak jak wszystkie inne opowiadania. Być może zaczęłam zbyt chaotycznie, ale z czasem to wszystko się unormuje.




Środa. Piękny słoneczny dzień, który tak dobrze się dziś rozpoczął. Tak, dla mnie na pewno. Wiedziałam, że dziś się coś wydarzy. Coś złego, a może nie? Może to, co ma się dziś wydarzyć będzie dobre dla nas wszystkich? To taka zabójcza przykrywka kryjąca za sobą jakąś niespodziankę.
Trzymam Cię przyjaciółko w ręce. Tak, mówię o Tobie. To ty, znam twój kształt na pamięć. Strzykawko- ty jesteś mą wierną przyjaciółką i zdrajczynią. Ściskam Cię mocno w dłoni. Co mam z Tobą zrobić? Myślami szukam miejsca na przedramieniu by móc się w kłuć i przenieść w inny wymiar tego świata, jaki znamy tylko my, narkomani.
Kate, powiedz... Tego właśnie chcesz? Chcesz skończyć? Chcesz zniszczyć siebie? Przepraszam, źle to ujęłam. Chcesz zniszczyć wrak swojego JA? Jesteś nikim. Wiesz to. Stoczyłaś się, a tak dobrze Ci szło. Kiedyś dawałaś radę, nawet, jeśli w domu było źle i każdy był przeciwko Tobie. Świat walił Ci się na głowę, obciążał Twe barki kolejnym cierpieniem, a Ty miałaś to w dupie i szłaś śmiało przed siebie. Co się z Tobą stało? W kogo, w co się przeobraziłaś? Czy ty jeszcze żyjesz?!...
Tak, jestem ćpunem. Pieprzonym ćpunem, dla którego nic więcej się nie liczy prócz strzykawki napełnionej narkotykiem. Oszukuję sama siebie, że jeżeli teraz zaćpam to mi się uda, nic mi się nie stanie. Wmawiam sobie byle, jaką wymówkę, by tylko przekonać tą zdrową część mojego umysłu. Czy to już ostatni dzień mojego istnienia na tym świecie? Czy po raz kolejny będę stała u bram nieba? Błąd. U bram nieba na pewno nie. Jedyne, co mnie czeka to piekło- pewnie nie gorsze niż tu.
Moi rodzice nic nie wiedzą. Podejrzewam, iż w ogóle zapomnieli o tym, że jeszcze żyję, że jestem ich córką. Ojciec- cholerny alkoholik. Gdy ostatni raz go widziałam, uderzył mnie. Miałam sińce na twarzy przez miesiąc. Nienawidzę go. Osobiście, własnymi rękoma bez żadnych skrupułów mogłabym go zabić. Przebić na wylot jakimś badylem, strzelić kulką w łeb, pociachać nożem, siekierą na kawałki. Chociaż nie, to by była zbyt szybka śmierć. Gdybym miała mu wymierzać karę, mój ojciec umarłby ze strachu. Udław się tą wódką, piwem i tymi innymi cholerstwami raz na zawsze. Zastanawiam się, czemu Cię nazywam jeszcze swoim ojcem. Może to resztki kultury, które są jeszcze we mnie?
Moja matka- tylko ona jedynie była normalna w domu. Pamiętam jak mnie broniła. Stawiała się ojcu, bym ja mogła cieszyć się smakiem dzieciństwa. Moja była przyjaciółka. Zdradziła mnie, gdy zaczynało brakować na chleb. To było, pięć, sześć.. Nie. Siedem lat temu. Dziś kończę piętnasty rok życia. Zawsze chciałam tyle mieć, to już taka poważna liczba- mówiłam sobie. Ta.. Gówno prawda. To tak jakby wtedy, gdy byłam mała przeczuwała, iż coś się poważnego wydarzy w dniu tych piętnastych, wyczekiwanych urodzin. A wracając do matki.... Siedem lat temu stoczyła się. Tak samo jak ja. Różni nas tylko jedno... Ja się nie skurwiłam. Nie stałam się dziewczyną do towarzystwa. Zachowałam trochę godności. Moja mama dziś obsługuje każdego obrzydliwego starucha, który potrzebuje tonę wiagry by stanęła mu pała i mógł zapuścić się w głąb mojej rodzicielki. Obrzydza mnie to. Ona mnie obrzydza. Śmierdzący, obrośnięci jak małpy faceci obmacują moja matkę. Blee..
Kiedyś, wszyscy znajomi myśleli, że moja rodzina jest kochająca, poukładana i rozumiejąca się. Dawniej naprawdę tak było. Ale kiedy...? Może jak miałam trzy, cztery.. Góra pięć lat. Wtedy cieszyłam się z każdego wyjścia razem, każdego dnia spędzonego z rodzicami... Normalnymi rodzicami. Przez resztę lat udawałam. Grałam i kryłam wszystkie złe wydarzenia. Każdej nocy rozpoczynał się istny cyrk. Latały meble, jedzenie, butelki, moje zabawki.... Nie zapomnę nigdy jak oberwałam, gdy popłakałam się jak ojciec zepsuł moją ulubioną lalkę. Oderwał jej głowę, ręce nogi i wrzucił do kominka. Miałam wtedy sześć lat. Nie rozumiałam, co się dzieje. Zbił mnie. Nie chodziłam do szkoły przez tydzień.
I tak wyglądało moje życie do niedawna. Rok temu znalazłam ujście dla wszystkich tych negatywnych myśli, odczuć i wydarzeń. Tak, wówczas pierwszy raz sięgnęłam po strzykawkę. Dał mi ją kolega z klasy... Dziś bardzo bliski kolega. Wtedy jeszcze miałam marzenia. Wierzyłam, że wszystko wróci do normy, że ten jeden zastrzyk mi pomoże przetrwać życie. Pomyliłam się.
Zastanawiam się, czemu w ostatni dzień mojego istnienia myślę o tym, co było. No tak, skoro koniec to już nic nie będzie. Niepotrzebnie żyję, zmarnowane życie. Może, gdyby zamiast mnie urodził się ktoś inny, bardziej ambitny i silny psychicznie dobrze wykorzystałby ten dar, jakim jest życie? Może doceniłby to, co zostało mu ofiarowane...
Muszę działać szybko. Zastanawiam się czy chcę tego. Czy chcę umrzeć? Zaraz przyjdzie Tom, mój ukochany. Obiecał mi to. Ma przynieść towar. Tak, ćpamy razem. Nasza miłość do koki, morfiny, hery jest wielka. Można ją porównać do miłości, jaką darzą się ludzie. Izolujemy się od istot żywych, zamykamy w pokoju i ćpamy. Najpierw on, potem ja.. To trwa już rok. Tak to z jego rąk pierwszy raz otrzymałam strzykawkę. Pamiętam to do dziś...., Nie mogłam się wkłuć. Pomógł mi. Od tamtej pory robi to ciągle. O naszym uzależnieniu wie tylko jego brat. Bill. Zawsze nas kryje. Tyle razy byśmy wpadli gdyby nie on. Dziękuję Ci.
Ostatnio myślałam o Tomie. Nie chcę żeby brał. Nie on. Ja mogę, ale on nie. W ogóle zastanawiam się, czemu jest ze mną, co on we mnie widzi? Mówił mi, że mnie kocha, że uwielbia, i że nie może funkcjonować beze mnie. To miłe, bardzo miłe. Ostatnio jest jakiś pobudzony, nawet, gdy nie ćpa. Wyjawił mi swój sekret. Nagrywają płytę. On, jego brat i jeszcze dwóch kolegów. Zawsze o tym marzył. Gdy tylko o tym mówi, w oczach ma błysk, takie malutkie gwiazdeczki z nadzieją, że się uda.
Dalej ta strzykawka spoczywa w mojej dłoni. Czuję, że jeśli zawiążę z nią dziś wieczną przyjaźń odejdę. A może to jest to? Nikt znajomy nie wie o mojej nowej koleżance. Nie wiedzą, o czym myślę, gram. Na tym świecie jest jedna osoba, która zna całkowitą prawdę o mnie. Tak, to ty Tom. Muszę Ci coś powiedzieć. Chciałabym żebyś słyszał moje myśli. Byłoby łatwiej. Wobec ciebie też jestem nie fair. Przepraszam. Dokładnie za godzinę zapukasz do moich drzwi. Nikt ci nie otworzy. Sam wejdziesz i ujrzysz mnie. Może zdążę odejść, a może nie... Warto próbować. Tak, przegrałam walkę o życie. Co ja mówię?.. Walkę o siebie. Wierz mi, chciałam by było inaczej. Jeśli nie zdążysz- a mam taką nadzieję- zrozum.
Nawet nie wiesz, ile mnie kosztuje ta walka za sobą. Walczę dla Ciebie. Czemu? Bo Cię kocham. Nigdy nie kochałam tak mocno. W ogóle nie kochałam. Zazdroszczę ci.. Realizujesz marzenia, mimo że ćpasz. Nie przeszkadza Ci to. Ja bym tak nie mogła. Ty wierzysz w to lepsze jutro... Widzę to, każdy to widzi. Ja już w nic nie wierzę. Mimo tych wszystkich upadków, podnosisz się i stąpasz twardo po ziemi. Jesteś taki silny i ambitny. Mądry, kochany... Mój. Ciekawe czy gdybyś wiedział, co chcę zrobić przyszedłbyś wcześniej. Nie chcę Cię zostawiać, lecz wiem,że tak będzie lepiej dla nas... Dla Ciebie. Gdy już będziesz sławny nie będziesz musiał się mnie wstydzić, nikt nie rozgrzebie twojej przeszłości i nie udowodnią Ci, że byłeś z ćpunką. Że ją kochałeś, całowałeś i spałeś z nią. Spóźnij się, proszę... Chociaż minutkę. Może zdążę, może nie...
Czekam na Ciebie. Kate, głupia jesteś. Chcesz się zabić i pragniesz by on się spóźnił, a czekasz na niego. Jaki w tym sens? Wszystko, o czym mówisz i piszesz jest bezsensu. Jak cała ty?..
Od tych wszystkich myśli głowa mi pęka. Niezmiernie mnie boli. Moja psychika... Nie.. Ją też zniszczyłam. Zmarnowałam samą siebie..., A przecież też miałam marzenia tak jak Ty.
Gdyby znajomi dowiedzieli się, o czym myślę umarli by z przerażenia. Najczęściej jest to jakże romantyczna śmierć z nijakiego powodu. Może to jakiś znak? Może wreszcie moje myśli ujrzą światło dzienne? Może na tym świcie jest nas za dużo o jedną osobę? Wypadło na mnie? Mam Was opuścić? Zostawić świat, który prócz chłopaka nie dał mi nic dobrego? Wiem, chcecie się mnie pozbyć- powtarzacie się. Ale powiem Wam coś... Zabawne, też o tym myślałam...
Tom, kocham Cię. Robię to dla Ciebie. Chciałam też dla ciebie i dla siebie uciec- myślałam, że tam będę inaczej żyła. Nie, tu czy tam.. I tak bym ćpała. Fajnie jest tak kalkulować swoje życie od kołyski aż do końca. Przyznam, iż ciekawe zajęcie. Dziwnie tak myśleć i pisać o własnej śmierci. Mogłabym to lepiej zaplanować. To jest chore.
Chcę, aby nikt nie dowiedział się, czemu zmarłam. Nie mów nikomu. Niech nikt się nie dowie, proszę.
Ręce mi drżą. Nie jestem wierna w miłości. Kocham Ciebie Tom i napełnioną strzykawkę. Tak, zdradziłam Cię. Chcę żyć i nie. Wybieram to drugie. Pytasz, czemu? Łatwiej jest nie żyć, nie sądzisz? Nie masz już kłopotów, nie zastanawiasz się jak zdobyć kasę na prochy, nie ma niczego, czym musiałbyś się przejmować. Wybacz, miłość do narkotyków jest silniejsza.
Będą drgawki- ostatnio też tak miałam. Przechodzący starszy człowiek mnie odratował. Dlaczego? Nie wiem... Ściśnie mi gardło, zabraknie powietrza i niezmiernie się spocę. Jednocześnie będę gorąca, mokra... A potem zimna.. Dziwne, prawda? Jeszcze się nie wkułam, a już czuję to jak narkotyk płynie moimi żyłami. Ach.. To jest takie wspaniałe uczucie. Uwielbiam to.
Już nie walczę ze sobą. Wybrałam. Przepraszam Cię Tom. Tylko ciebie przepraszam, bo tylko ty na to zasługujesz. Ciebie zraniłam, nikt inny się dla mnie nie liczył. Najgorsze, że już nigdy mnie nie pocałujesz, nie przytulisz....
Zrobię to ostatni raz. Obiecuję. Jeśli przeżyję to postaram się dotrzymać obietnicy. Wiem, że mi się nie uda. Czuję to. Dziś naprawdę ostatni raz. Przyrzekam to całemu światu i Tobie Boże. Ostatni raz w życiu....
Złoty strzał.

komentarze [62]


Części opowiadania


Elita:


Fav

lena-th-opowiadaniekaulitzmafia-und-threkishi-aizobaczmyvergessene-kindersadness-of-angelbyla-sobie-krolewnaimmortal-dreamoceny-blogow-opowiadansich-vereinenendlosigkeitfiona77-my-storytrue-story-th

Lay

Grafikę & html: wykonałam Ja!(Schmetterling)
Program: Adobe Photohop CS2 Version 9.0
Tekst piosenki: Tokio Hotel- Vergessene Kinder
Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone!
Nie kopiować bo nogi z tyłka powyrywam!

Więcej?: lays-with-th.mylog.pl